To, co w pamięci zostało cz. 2
W Chmielniku przed wojną byli jeszcze lekarze: Skwara (Polak) i Gawryś (Żyd). Nie miała znaczenia ich narodowość. Polacy leczyli się i u Polaka, i u Żyda. Nie było ośrodka ani szpitala. Lekarze przychodzili na wezwanie do domu chorego. Wiem tylko, że polski lekarz żądał większej zapłaty niż Żyd.
Kiedyś miała miejsce taka sytuacja. Było to już po 1940 roku, gdyż do tego czasu mieszkaliśmy na ulicy Sienkiewicza, a następnie przeprowadziliśmy się do naszego obecnego domu przy Placu Kościelnym 9. I właśnie tutaj rozegrała się ta historia. Którejś nocy w drzwiach naszego mieszkania stanęło małżeństwo Żydów z maleńkim dzieckiem na ręku. Prosili, aby zaopiekować się ich córeczką, bo jest bardzo chora, a oni nie mogą szukać lekarza, gdyż muszą się ukrywać. Wiedzieliśmy, co może grozić za przechowanie żydowskiego dziecka, ale zgodziliśmy się. Dziecko zostało u nas przez tydzień, wyzdrowiało i rodzice je odebrali.
Mogę powiedzieć, że dzięki pewnemu Żydowi nie palę papierosów. U Żydów brało się często zakupy „na książeczkę”, bez pieniędzy. Moja mama paliła papierosy i też brała je na kredyt, raz w tygodniu. Pewnego razu mieliśmy z kolegami iść na ognisko i trzeba było „skombinować” papierosy. Poszedłem do sklepu i powiedziałem, że mama prosi papierosy. Żyd dał bez słowa i zapisał w zeszycie. Nie powiedział, że matka już rano wzięła je dla siebie. Jak prawda wyszła na jaw, dostałem porządne lanie i od tego czasu nie wziąłem papierosa do ust.
Obecny przy rozmowie Marian Słomka, lat 80, znajomy Janusza Kaźmierczaka, mieszkaniec Chmielnika, dodaje:
– Żydzi byli dobrymi, szczerymi przyjaciółmi. Polscy chłopcy chodzili do żydowskich dziewczyn, ale nie było mieszanych małżeństw. Żenili się tylko między sobą. Żydowskie wesela były bardzo huczne. Trwały dwa dni. Żydzi zapraszali na nie również Polaków. Pamiętam, że pan młody tłukł kieliszek butem, a wszyscy krzyczeli „mazeł tow”.
Był w Chmielniku głupi Żyd, nazywał się Moryc. To był taki pracowity, silny chłop. Bardzo nie lubił dziewczyn z rudymi włosami. Jak taką zobaczył, to groził i dokuczał, aż ludzie musieli go odganiać. Niemcy w czasie wojny zastrzelili go.
Ci biedniejsi Żydzi byli przeważnie komunistami. Mieli swoje organizacje, ćwiczyli poza miastem. Policja ich czasem goniła, ale byli dobrze zorganizowani.
Istniał w Chmielniku Związek Szumry. Ćwiczyli musztrę, szykowali się do wyjazdu do Palestyny. W czasie wojny wielu zginęło, resztę wysiedlili. Moja siostra przechowała jednego Żyda. Ale to już dawne czasy.
Z ZOFIĄ KWAŚNIEWSKĄ,
lat 73, zam. Chmielnik,
rozmawiała Urszula Kłonicka
Jak Pani wspomina swoje kontakty z Żydami w przedwojennym Chmielniku?
– Moje wspomnienia są bardzo miłe. Żydzi i Polacy żyli w zgodzie ze sobą. Jeżeli Polak zwrócił się o pomoc do Żyda to zawsze ją otrzymał. Atmosfera była miła. Ja raczej kontaktowałam się z dziećmi żydowskimi, ale czasem i z dorosłymi Żydami. Za moim domem rodzinnym mieszkali Żydzi, którzy prowadzili garbarnię. Mieli dwie córki Salcie i Sarę. Były one w moim wieku, więc bardzo dużo czasu spędzałyśmy na zabawie. Często odwiedzałyśmy się nawzajem. Chodziliśmy też razem do szkoły.
Może Pani powiedzieć jak wyglądało mieszkanie żydowskiej rodziny?
– Ich domy i mieszkania nie różniły się od naszych. Były skromnie umeblowane, panował w nich porządek. Warto też wspomnieć o atmosferze. Była miła, ciepła i pełna wzajemnego szacunku do siebie. Nie miałam okazji zobaczyć, jak mieszkają bardziej zamożni Żydzi.
Wiadomo, że cały prawie handel należał do Żydów, co Pani pamięta o tych, którzy mieli swoje sklepy? Czy odwiedziła Pani sklepy żydowskie? Jak one wyglądały i jak funkcjonowały?
– Odwiedzałam często sklepy żydowskie. Chodziłam po drobne zakupy: mąkę, cukier, kaszę. Otrzymywałam często cukierka od sprzedawcy. Dziękowałam i wychodziłam zawsze zadowolona.
Dla dzieci sklepikarze byli bardzo mili. Dawali ciastko bądź cukierka dziecku, które przyszło do jego sklepu po zakupy. Sklepiki były małe i skromne, a towar podstawowy. Największy sklep żydowski należał do pani Landgrarki, mieścił się w miejscu dzisiejszego sklepu odzieżowego pani Strzyż. Sklepiki żydowskie oferowały wszelkie artykuły spożywcze. Polskich sklepów było mało. Bardzo rozpowszechniony był handel na tak zwany „zeszyt” czyli kredyt. Jeśli dorośli kupowali, obowiązkowo musieli się targować o jak najniższą cenę.
Co może Pani powiedzieć o ich stosunkach do Polaków, ich uczciwości? Jakimi ludźmi, Pani zdaniem, byli Żydzi?
– Stosunki ludności polskiej i żydowskiej w Chmielniku były bardzo dobre. Nie było żadnych sporów, zatargów. Dzieci żydowskie uczyły się razem z polskimi. Wspólnie bawiły się, grały w piłkę, w kucanego berka, a dziewczynki na skakance i w klasy. Polacy mogli wchodzić do synagogi a Żydzi do kościoła. Polacy i Żydzi byli tolerancyjni wobec siebie, wobec swoich świąt i wobec swoich zwyczajów. Ja nie pamiętam, aby kiedykolwiek doszło do jakiś zakłóceń obchodzenia świąt przez Polaków czy też przez Żydów.
A czy pamięta Pani jak obchodzili swoje święta, jakie spożywali potrawy?
– Pamiętam, że każdego piątku popołudniu i w sobotę obchodzili szabat. W ten dzień powstrzymywali się od pracy i to było przestrzegane. Bardzo ważnym zwyczajem było przygotowanie stołu. Musiał on być nakryty białym obrusem i rozstawiano nakrycia i sztućce. Szabatowe rytuały rozpoczynały się od zapalenia świec. Zapalano je przed zachodem słońca. Ważne było, aby tych świec było najmniej dwie. I co ciekawe zapalały je zawsze kobiety. Po zapaleniu świec rodzina udawała się zawsze do synagogi. To było bardzo ważne.
Po powrocie rodzina zasiadała do stołu. Na stole pojawiały się smakowite potrawy. Najważniejsze były chałki. Musiało być ich dwie. A czy wiesz, dlaczego?
Nie wiem.
– Mówiła mi Salcie, moja żydowska koleżanka, że to na pamiątkę otrzymania dwóch porcji manny na pustyni przez Żydów. Jeśli rodzinę żydowską nie było stać na chałki, przygotowywano macę. Głowa rodziny dzieli chałkę lub macę na kawałki, macza w soli i podaje domownikom do zjedzenia. Tradycyjną kolację szabatową, musiał uświetnić śpiew. Pamiętam kilka również ważnych szczegółów z kolacji szabatowej.
Czy mogłaby Pani je podać?
– Oczywiście. Świece zawsze musiały być białe i ustawione w widocznym miejscu, i zawsze same się wypalić. Nie wolno było ich przenosić, aż do końca szabatu. Musiały to być świece, które się długo palą. Jednym z nakazów szabasowych jest spożycie trzech posiłków, czyli piątkowa kolacja i dwa następne, które spożywali przed zakończeniem szabatu. W czasie szabatu rodziny żydowskie chodziły się na spacery, a my dzieci razem się bawiliśmy.
Czy była pani może świadkiem ślubu, wesela czy pogrzebu Żydów, jak one przebiegały?
– Miałam możliwość zobaczyć takie uroczystości. Tak jak u nas ślub i wesele są bardzo ważne to i dla Żydów są ważnym wydarzeniem w życiu. Zgodnie z tradycją żydowską wesele mogło odbywać się w sobotę wieczorem, w niedzielę lub każdego innego dnia tygodnia nie wolno było brać ślubu w piątek. Pan młody i panna młoda siedzieli w osobnych salach. Panna młoda siedziała na udekorowanym fotelu, skąd witała przybywające kobiety. Główne przyjęcie gości odbywało się na stronie gdzie siedziała panna młoda. Ślub odbywał się pod baldachimem, przedstawiającym nowy dom, który młoda para stworzy. Pod nim stał mały nakryty białym obrusem stolik. Najczęściej ślub odbywał się pod gołym niebem przed synagogą lub w synagodze. Wchodzenie do miejsca, gdzie odbywał się ślub, było w określonej kolejności. Najpierw wchodziła rodzina panny młodej – dziadkowie, rodzeństwo, krewni. Później wchodzili dziadkowie i rodzeństwo pana młodego. Dalej w orszaku szli przyjaciele i znajomi. Na końcu wchodził pan młody prowadzony przez rodziców. Rodzice panny młodej prowadzili ją pod baldachim, gdzie czekał pan młody. Co ciekawe było że, panna młoda okrążała pana młodego siedem razy i stawała po jego prawej stronie. Rodzina i krewni panny młodej gromadzili się z prawej strony baldachimu, a pana młodego – z lewej. Świadkowie ślubu musieli zobaczyć, jak pan młody wkłada obrączkę na palec prawej ręki panny młodej. Pan młody mówił tekst przysięgi małżeńskiej. W tym momencie para była już małżeństwem, a zebrani goście krzyczeli: Poślubieni. Na weselu bardzo ładnie tańczono, ale mężczyźni i kobiety tańczą osobno.
A czy widziała Pani pogrzeb żydowski?
– Pogrzeb też widziałam. Różnił się on od pogrzebu Polaków. Zmarły jest owinięty w białe płótno i w pozycji siedzącej przenoszono bardzo szybko na cmentarz. Tam też chowano go do grobu, również w pozycji siedzącej. Po zasypaniu zmarłego ziemią, stawiano płytę nagrobną – macewę.
A jak wyglądała sytuacja Żydów po wkroczeniu Niemców do Chmielnika?
– Niemcy rozstrzeliwali Żydów, wysiedlili ich z domów i zamknęli w gettcie. Było ono na dzisiejszej ulicy Furmańskiej. Nie wolno im było opuszczać tego terenu pod groźbą kary śmierci. Niemcy dopuszczali się okrucieństw. Prowadzonych Żydów do getta bito i kopano, a nawet tych, co szli zbyt wolno żandarmi zastrzelili. Było to dramatyczne przeżycie dla mnie jak i również innych mieszkańców Chmielnika. A byłam wtedy dzieckiem. Później Niemcy wywieźli ich do obozów zagłady, co było nieludzkie.
Czy pamięta Pani jak chodzili ubrani?
– Żydzi chmielniccy nosili długie chałaty, jarmułki na głowie, czarne czapki z daszkiem. Żydzi idąc do synagogi ubierali się w ubrania bardziej ładne, często haftowane czapki. Natomiast kobiety żydowskie w piękne suknie, kaftaniki haftowane, a na głowę piękną chustą.
Czy zna Pani jakieś ciekawostki, anegdoty, żarty żydowskie?
Pokażę Ci książkę z żartami żydowskimi.
– Salcie, kiedy potrzebujesz pieniędzy jesteś dla mnie bardzo mila – mówi Mosiek do swojej połowicy.
– Ach, Mosze, ale przecież ja zawsze jestem dla Ciebie miła...
– No właśnie!!!
– Moryc, pożycz mi dziesięć złotych.
– Nie mam przy sobie.
– A w domu?
– W domu? Dziękuję wszyscy zdrowi.
Dwóch Żydów zwiedza Watykan, podziwiają przepych i bogactwo.
Jeden z nich mówi:
– Popatrz, a zaczynali od stajenki...
W bóżnicy chasyd, wsłuchany w pojękiwania cadyka, modląc się podnosi głos coraz wyżej.
– Słuchaj – szepce mu do ucha najbliższy sąsiad – nie wrzeszcz tak na Pana Boga! Po dobroci wskórasz więcej
Z IRENĄ PAWLIK,
80 lat, zam. Chmielnik, ul. 1 Maja 12,
rozmawiała Anna Podsiedlik
– Pamiętam bardzo dużo szczegółów z mojego życia za czasów wojny. W pamięci utkwiły mi drastyczne sceny kiedy Niemcy mordowali i wysiedlali Żydów.
Niedaleko mojego domu mieszkał Żyd, zwany Mośkiem. Miał on sklep spożywczy i sprzedawał masło, mleko i bucynę. Bucyna to duże ziarna z drzewa bukowego, które jako dziecko bardzo lubiłam jeść. Według mnie, Polacy dobrze żyli z Żydami. Jednak dzieci żydowskie bawiły się same, trzymały się razem, miały swoją zwartą grupę, w której nie było polskich dzieci. Młodzież żydowska zaś spacerowała parami po ulicach Chmielnika, trzymając się za ręce i śpiewając znane, żydowskie pieśni. Jeden ze znajomych Żydów miał piekarnię, w której wypiekał mace z dużymi dziurkami na szabat. Była przepyszna. Ilekroć on nas zobaczył, to zawsze częstował na tym smakołykiem. Odkąd pamiętam, Żydzi nigdy nie jadali mięsa wieprzowego, gdyż uważali to za trefne.
Najbardziej pamiętam żydowskie zabawy gdzieś na ulicy 1 Maja. Gromadzili się oni w starej chałupce, gdzie bawili się zarówno starzy, jak i młodzi Żydzi. Głośno śpiewali i tańczyli ze sobą, trzymając się za ramiona. Te zabawy bardzo mnie intrygowały, gdyż nie wiedziałam, co oni tam wyrabiają. Później dowiedziałam się, że w ten sposób świętują jakieś swoje święto. I kiedy oni tam chodzili się pobawić, my zawsze ich podglądaliśmy.
Chmielniczanie nie dokuczali Żydom, ale pamiętam, że kiedy się tylko nadarzyła okazja, to my często lubiliśmy się pobawić ich kosztem. Pamiętam taką śmieszną sytuację: kiedy Żydzi chodzili się myć wieczorem na podwórze, to zawsze brali ze sobą miskę pełną mydlin i wody, aby móc się w nich obmyć. Ale kiedy tylko my zobaczyliśmy, że mają ze sobą te miski, to wylewaliśmy im z nich wodę. Bardzo nas cieszył sam fakt, że głośno krzyczeli wniebogłosy i wrzeszczeli z tego powodu, no a dla nas śmiechu było co niemiara.
Pamiętam też, że pewien Żyd miał na ul. Kieleckiej sklep z obuwiem i torebkami. W tamtych czasach rzeczy te były bardzo drogie, więc my mogliśmy tylko popatrzeć sobie na te cuda. Ale największą wesołość wzbudził fakt, iż sprowadzono do sklepu buty i torebki z krokodylej skórki i nas bardzo śmieszyły takie cudaczne rzeczy.
Jako dziecko śmiałam się, że Żydzi różnili się od Polaków jednym szczegółem. Bo kiedy ja i moi koledzy wychodziliśmy na dwór, to bawiliśmy się w zgadywanie, czy osoba nas mijająca to Żyd czy Polak. Żydów można było rozpoznać po specyficznym zapachu, gdyż spożywali oni dużo czosnku i cebuli, stąd też towarzyszył im ten przykry zapach.
Żydówki były bardzo ładnymi kobietami: miały ciemne włosy, ubrane były w ładne sukienki i miały złotą biżuterię. Jedna z nich kupowała jesienią kilka metrów ziemniaków i miała zapasy. Chodziło jej o to, że kiedy Polakom braknie w zimę warzyw, to ona sprzedawała im je za 3 razy tyle. Jednak jeden chłopiec poznał się na niej i skompromitował ją w oczach mieszkańców, gdyż jej towar był przemarznięty i nie nadawał się do jedzenia. Od tamtej chwili ludzie uważali na to, co kupują i za ile.
Z BRONISŁAWĄ ROGALĄ,
lat 89, zam. Chmielnik, ul. Mrucza 1a,
rozmawiał Michał Kulpiński
Urodziłam się i wychowałam w Gnojnie. Od najmłodszych lat pamiętam Żydów. Trzech Żydów z Chmielnika: Herśla, Sender i Szlame co roku na lato brali w dzierżawę ogród od dziedzica Łuniewskiego. Wynajmowaliśmy się u nich do zbierania jabłek. Niektórzy z tych, co pracowali, próbowali zabrać kilka jabłek do domu. Wkładali sobie w kieszenie, w skarpety, ale Żydzi widzieli to i nie pozwalali. Ja zazwyczaj nie ukrywałam nigdzie jabłek, to za uczciwość dawali mi po kilka owoców do domu. Ci Żydzi byli bogaci. Do Gnojna z Chmielnika przyjeżdżali autobusem. Tylko niewielu wtedy nim jeździło, pamiętam, że oni i czasami Elżunia Łuniewska – córka dziedzica. Świadczy to więc o tym, że dzierżawcy ogrodu byli naprawdę zamożni.
Niezbyt lubiliśmy się z Żydami. Ja miałam kilkanaście lat, inni zatrudnieni do pracy w ogrodzie przeważnie też. Trzymały się nas czasami głupie żarty. Ja na przykład nadgryzałam „żydowskie” jabłka, żeby szybciej się psuły. Chłopcy, którzy zawozili jabłka do Chmielnika furmanką, celowo niszczyli skrzynki, wyciągając deseczkę czy dwie, aby część jabłek wypadła po drodze. Byliśmy złośliwi.
Innym razem dokuczaliśmy Żydom, którzy modlili się w szabas. Pamiętam, że kiedyś kopałam w drzwi żydowskiego domu właśnie wtedy, kiedy rodzina się modliła. Wyszedł z domu gospodarz i zapytał mnie, czemu przeszkadzam im w modlitwie, przecież oni nie robią tego, kiedy ja się modlę. Zawstydziłam się wtedy.
Przychodził do Gnojna Żyd szklarz. Od Chmielnika szedł piechotą, niósł szybę na plecach. Chłopaczyska ze wsi często tłukli mu te szyby kijami.
Przyszłam kiedyś z ojcem do Chmielnika na zakupy. Przechodziliśmy koło sklepu żydowskiego. Właściciel chciał ojca zaprosić do swojego sklepu i zapytał: Jak się nazywacie? Mój ojciec odpowiedział niegrzecznie: Krowio kupa. Żyd wcale nieurażony na to: No to krowio kupo, chodźcie do mnie do sklepu.
Jeśli Polak palił u Żydów w piecu w szabas, to czasem w kłótni kolega mu to wypominał, ubliżając mu: „Ty piecypolu żydowski”. Nie było to raczej chlubne zajęcie dla Polaka.
Żydzi byli spokojnymi ludźmi. Mówiło się o nich, że nigdy nie wdawali się w bójki, nie zaczepiali nikogo. Ja przekonałam się, że nie zawsze tak było. Kiedyś 3 maja, nie pamiętam już którego roku, razem z młodzieżą z Gnojna przyszliśmy na majówkę do Chmielnika. Mieliśmy w rękach chorągiewki. Już w Chmielniku spotkaliśmy grupę młodych Żydów, też mieli chorągiewki. Któryś chłopak od nas zaczął się z nich śmiać, powiedział coś obraźliwego i zaczęła się bójka. Biliśmy się tymi chorągiewkami, a potem czym popadło. Żaden z Żydów nie uciekł. Poszarpaliśmy się z nimi, a potem każdy poszedł w swoją stronę. Takie były czasami między Polakami i Żydami sytuacje.
Koło kościoła był sklep z materiałami, mówiło się, że u Giersionki. Kupowałam tam tzw. łokciówkę, materiał sprzedawany na łokcie. Giersionka, jak każdy inny Żyd, zachwalał swój towar i zapraszał do swojego sklepu. Obsługa w każdym żydowskim sklepie była bardzo dobra. Podobny sklep miał Polak, nazywał się Makówka, ale ten miał mniej klientów niż Giersionka. Polakom zawsze się wydawało, że u Żyda korzystniej jest robić zakupy, ale to był tylko pozór. Żyd policzył taniej, ale za to ukradł 3 cm materiału, a więc na jedno wychodziło. Ale umieli ludzi zachęcić do siebie.
Co jakiś czas do nas, do Gnojna, przychodził z Chmielnika Żyd Handel (tak go nazywano). Już z daleka krzyczał: „Smotki, żelaza, stare buty, cholewy, a ja wom wigieł dom”. Pamiętam dobrze te słowa. Ludzie wynosili mu takie różne stare rzeczy, a on w zamian dawał igły, nici, czasem spożywcze rzeczy. To był ubogi Żyd. Przychodziła też do nas Żydówka Chyckowa, przynosiła różne zakupy. Jak ktoś nie miał możliwości dostać się do Chmielnika, mógł od niej kupić potrzebne rzeczy. Miała lakmus, mydło, proszek do prania, nici itp. Nosiła to wszystko na plecach, przychodziła piechotą. Ludzie rzadko jej za to płacili, zazwyczaj dawali jajka, masło, ser, mleko, śmietanę. Doskonale pamiętam smak pieczywa z piekarni Jedwabnego. Były tam pyszne bułki, rogale, chleb. Szło się kawał drogi, żeby coś w piekarni kupić.
Bardzo dobrze utkwiła mi w głowie historia romansu Elżuni Łuniewskiej – córki dziedzica Gabriela Łuniewskiego z Herślą – tym dzierżawcą sadu. Dokładnie go pamiętam. Był pięknym Żydem, wysokim, dobrze zbudowanym. Elżunia miała delikatną urodę. Wydano ją za mąż za Tańskiego z Łagiewnik. Ludzie mówili, że nie chciała mieć z nim dzieci i rozwiedli się. Ona wróciła do Gnojna i wtedy, już w rozwódce, zakochał się w niej Herśla. Bardzo to oburzało jej matkę, dziedziczkę. Była pobożną kobietą, chodziła codziennie do kościoła, mówili o niej tercjanka. Był to więc romans bez przyszłości. Nie wiem, co stało się potem z Herślą, Elżunia wyjechała do Kielc i dopiero gdzieś przed 10 laty zmarła tam. We mnie też podkochiwał się jeden Żyd. Nie wiem już nawet, jak miał na imię. Namawiał mnie, abym się przechrzciła i wyszła za niego. Podobał mi się, ale byłam bardzo religijna, śpiewałam w kościelnym chórze i nie było o tym mowy.
Cokolwiek przypominam sobie sprzed wojny, zawsze w tych wspomnieniach pojawia się jakiś Żyd. Byli oni przecież częścią naszej wspólnoty. Nie zawsze byli właściwie traktowani, ale nasze życie toczyło się obok ich życia i dlatego dzisiaj trudno mówić nam o przeszłości Chmielnika bez Żydów.
Ze STANISŁAWEM STACHURSKIM,
lat 74, zam. Chmielnik, ul. Sienkiewicza,
rozmawiał Emil Ślusarski
Jakie były Twoje, dziadku relacje z Żydami? Jakimi byli ludźmi? Czy łatwo nawiązywało się z nimi kontakty?
– Moje relacje z Żydami były bardzo dobre. Nigdy nie miałem z nimi problemów. Żydzi byli bardzo uprzejmym i uczciwym narodem. Większość moich sąsiadów i kolegów było Żydami, więc mogłem bardzo dobrze poznać ich kulturę i zwyczaje. Najczęściej byli to ludzie zamożni posiadający kamienice, tartaki. Z Żydem jak to z Żydem, nie zawsze od razu doszło się do porozumienia, ponieważ mieli oni wielką smykałkę do handlu i zanim przyjęli naszą propozycję, minęło trochę czasu..
Czy szczególnie utkwiła ci w pamięci jakaś historia związana z Żydami?
– Tak, jedna utkwiła mi w szczególności. Jest to historia o młodych Polakach i młodych Żydach, którzy spotykali się na polach i bili się ze sobą. Jest to bardzo nieprzyjemna sytuacja, kiedy się widzi takie sceny jak sąsiedzi biją się ze sobą. Te walki wynikały gównie z zazdrości ze strony Polaków, którzy bardzo zazdrościli swoim sąsiadom majątków.
Czy będąc dzieckiem odwiedziłeś dom rodziny żydowskiej? Jak wyglądał taki dom?
– Prawie codziennie, ponieważ na mojej dawnej ulicy gdzie mieszkałem, było mnóstwo domów żydowskich. Niczym szczególnym się nie odróżniał od polskiego. Jedyną różnicą było to, że Żydzi byli bardzo niechlujni i bardzo brudno mieli w swoich domach.
A byłeś kiedyś w sklepie żydowskim?
– Oczywiście. Prawie wszystkie sklepy w Chmielniku to były sklepy żydowskie. Można było dostać wszystko: mydło, smar, naftę do lamp. Naprawdę wszystko można było tam kupić. Żydowskie sklepy to były takie dzisiejsze supermarkety. Ale pamiętam, że utrzymywał się tam bardzo nieprzyjemny zapach.
Jak Żydzi obchodzili swoje święta, a jak zachowywali się podczas naszych świąt?
– U nich sobota to był taki dzień jak u nas niedziela, tylko była jedna różnica. Tylko mężczyźni mogli iść do synagogi się modlić. Jednym z ich najważniejszych świąt było święto kucki. Trwało ono osiem dni. Żydzi na swoich podwórkach budowali kucki, czyli takie szałasy bez dachu. Dekorowali je i w tych właśnie pomieszczeniach świętowali przez osiem dni. Podczas naszych świąt zachowywali się normalnie i w niczym nie zakłócali spokoju.
A jak wyglądał jadłospis Żydów?
– Jedli to samo co my, choć nie mogli jeść wieprzowiny, a z wołowiny tylko przednie części zwierzęcia. Na tylnie części mówili, że jest to trefne. Bardzo Żydom smakował chleb ze smalcem z gęsi. Nasze miasto znane było z hodowli i ubojni gęsi.
Czy pamiętasz, dziadku, jak wypędzano Żydów z Chmielnika?
– Tak pamiętam! Było to w 1942 roku. Niemcy rozwiesili plakaty po całym mieście, że ludność żydowska ma się zjawić na Placu Targowym i mają zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Było także napisane, że kto się nie zjawi i zostanie złapany, to zostanie rozstrzelany. Bardzo dużo ludzi przyszło na plac, a Niemcy zaczęli ich przeszukiwać i okradać, więc ludność żydowska widząc to, zaczęła wartościowe rzeczy zakopywać w ziemi. Po rewizji Niemcy kazali Żydom iść w stronę Kielc.
Słyszałem, że Polacy pomagali Żydom?
– Tak, znałem jednego, pana Michnickiego, który przetrzymywał jako nieliczny w Chmielniku, ludzi. Dużo Żydów ukrywało się na wsiach z uwagi na to, że Niemcy nie tak bardzo kontrolowali wsie.
Dziadku, wiem, że odwiedził Cię znajomy Żyd?
– Niedawno, jakieś 6 lat temu, do mnie do domu przyjechał Żyd – Liberman, który obok mnie mieszkał. To było niesamowite uczucie, gdy on wszedł i mnie rozpoznał. Opowiadał mi, jakie on przeszedł piekło na Syberii i jak się cieszy, że mnie znów zobaczył. Niestety, długo nie mógł zostać, ponieważ był z wycieczką w Polsce. Wymieniliśmy między sobą adresy i przez parę lat pisaliśmy do siebie. Od czasu do czasu mój przyjaciel przysyłał mi paczki z różnymi owocami. Żyd zaproponował mi, że może zaprosić do siebie do Izraela moją córkę. Niestety, moja córka nie dostała wizy i nie mogła wyjechać. W 2002 r. mój przyjaciel Beniamin już mi nie odpisał. Myślę, że on zmarł, choć pewności nie mam.
Z LUCYNĄ STANEK,
lat 85, zam. Chmielnik, Aleja Zwycięstwa 12,
rozmawiała Kaja Stanek
Babciu, jakie były Twoje relacje z Żydami? Jakimi byli ludźmi? Czy łatwo nawiązywało się z nimi kontakty?
– Ja bardzo lubiłam Żydów. Moja rodzina nie miała nic przeciwko temu. W podstawówce miałam koleżanki Żydówki. Były bardzo miłe. Tak jak ich rodziny tak i one często zapraszały mnie do swoich domów na macę. Bardzo się lubiłyśmy. Jednak nie spotykałyśmy się za często, bo one pomagały swoim rodzicom i nie miały czasu. Wtedy było inaczej niż teraz. Nie było takich zwyczajów jak pogaduszki. Polacy i Żydzi zajmowali się raczej swoimi sprawami, ale łatwo było się porozumieć. Pomagałam Żydówkom w nauce. Uczyłam ich tabliczki mnożenia, ale nie było to trudne. Żydówki były inteligentne i mądre. Wspierałyśmy się razem w nauce. Żydówki często pożyczały mi książki.
Czy były jakieś bariery między Polakami a Żydami?
– Ci, którzy nie przepadali za Żydami nie mieli do nich dobrego stosunku, bili ich i zaczepiali. Żydzi unikali bijatyk, nie wyzywali się, nie krzyczeli, zajmowali się tylko handlem, byli bogatsi niż Polacy. Zawsze zachęcali do kupowania w swoich sklepach różnymi sposobami, rozdawali cukierki lub wręcz zaciągali klienta za płaszcz. Żydzi często oszukiwali lub używali różnych forteli dla zwiększenia swojej sprzedaży, robili cięższe torby, by coś więcej ważyło, dawali słony bober, by lepiej sprzedawały się napoje, zwłaszcza piwo, bo przecież wiadomo, że po słonym chce się pić. Jednak Polacy i Żydzi dogadywali się, zwłaszcza w sprawach handlowych. Mieszkania Żydów nie różniły się raczej od polskich. Żydzi chętnie pomagali wszystkim i nie było między nimi waśni. Polacy mówili, że „Żyd Żydowi pomoże, a katolik katolikowi nie”.
Czy zdarzyło się coś, co utkwiło Ci w głowie, jakaś historia?
– Nie przypominam sobie, żeby coś takiego się wydarzyło. Żydzi byli bardzo spokojni, mieli swoje reguły. Uwielbiali handlować. W szkole mieliśmy osobne lekcje religii, w święta ich i nasze nie chodziliśmy do szkoły. I to wszystko. Dużo rzeczy zapomniałam. To były ciężkie czasy. Nie tak jak dzisiaj, kiedy wszystko jest.
Z MATYLDĄ STRADOWSKĄ,
lat 96, zam. Chmielnik, ul. 13 Stycznia,
rozmawiała Beata Stępień
Ile lat mieszka Pani w Chmielniku?
– Ile lat tu mieszkam? Matko... Ja tu mieszkam 70 lat. To jest mieszkanie, w którym kiedyś mieszkali moi dziadkowie...
Podobno w tym domu mieszkali Żydzi?
– Moja kochana... Żydzi mieszkali tu już przede mną, na lokatornym, tu, u rodziców.
Bardzo dobrze było, jak Żydzi tu mieszkali. Tu, po prawej stronie, mieszkał Siaje Tarek. Miał piątkę dzieci. Mieszkał dotąd, aż ich nie wysiedlili. A tu z lewej strony mieszkał Frydman. On miał dwójkę dzieci – wtedy miały pięć i trzy lata. Ale cóż, nikt z nich już nie żyje.
Do kiedy Żydzi tutaj mieszkali?
– To był październik 1942 roku. Stąd ich rozdzielili, wysiedlili, wygnali... Byli bardzo dobrymi lokatorami, naprawdę nie do porównania z dzisiejszymi Polakami...
Dlaczego Pani tak uważa?
&ndap style=/strongp style=sh; Wystarczy jak znasz człowieka i jest dla ciebie życzliwy, uczciwy. W życiu nic nie zginęło, a jak jechaliśmy na pole, to nawet pilnowali, żeby nic nie zginęło. Ja stale ich dobrze wspominam, nie tak jak ludzie opowiadają...
A czy pamięta Pani czym się wasi sąsiedzi zajmowali?
– Frydman był szewcem, ludzie mieli do niego zaufanie, a Siaje Tarek był rzeźnikiem. Krowy bił i handlował mięsem. Najstarsza córka Siaje miała na imię Rachela.
Frydman naprawiał buty i sam robił je. Były to buty wysokiej jakości... Oni byli zajęci swoją pracą. Każdy miał swe zajęcie, a dzieci jak dzieci, bawiły się i co. Ja też miałam swoją pracę...
To już sześćdziesiąt lat jak ich nie ma... no tak...
A czy Żydzi, jako lokatorzy stwarzali jakiekolwiek problemy?
– Nigdy... Myśmy się nie kłócili. Polskie dzieci nie potrafiły po sobie posprzątać, nie były tego nauczone. Ale za to żydowskie dzieci, na przykład od Siaje Tarka, jak zabrudziły, to od razu po sobie posprzątały. Tak, jak matka kazała, to nie było gadania.
Czy pamięta Pani może, jak zachowywali się, jeśli chodzi o wiarę?
– Tak, pamiętam 10 przykazań na skórze z barana. Na progu wejścia do domu były tabliczki, które Żydzi przechodząc dotykali, a zaraz po dotknięciu całowali rękę. Nawet pamiętam jak ich ostatni raz zabierali to też. Żyd nie miał długów. Jak odchodzili to Siaje Tarek oddał za ostatni miesiąc należność za wynajem. To było coś niesamowitego...
Do szkoły chodziła Pani z dziećmi żydowskimi?
– W szkole miałam koleżanki Żydóweczki. Koleżanki Żydóweczki były bardzo uczy,rdquo;.nne. W klasie 50 osobowej, było 12 dzieci polskich, a reszta to żydowskie dzieci, tylko one nie dokuczały. W zeszłym roku czwórka tych dzieci odwiedziła naszą ulicę 13–go Stycznia. Jeden z nich, 90–letni staruszek mówił, że tu mieszkał, wskazując na mój dom, ale pomieszczenia nie umiał dokładnie wskazać.
A pamięta Pani może, czy Żyd dzielił się z Polakiem w potrzebie?
Niestety, mam prawo zapomnieć...i nie pamiętam...
Czy pamięta Pani jakąś ciekawą historię?
– Miałam znajomą Żydówkę Rachelę. Była żonata ze Srulem, który czasami pomagał mojemu mężowi. To był dobry człowiek, ale poszedł na stracenie. Był bardzo przystojny. Jak Rachela odchodziła, miała 19 lat. Zostawiła mi wtedy zdjęcie. Było coś na nim napisane. Potrafiłam odczytać tylko podpis, reszty nie rozumiałam.
Czy pamięta Pani innych Żydów?
– Taka jedna z naprzeciwka miała siedmioro dzieci, ale ganiała inne dzieci po ulicy. Nie dała krzywdy zrobić swoim dzieciom. A jeszcze naprzeciwko mnie mieszkał prezes gminy żydowskiej – Zalcman. Miał ładną żonę i syna, który był policjantem, ale zastrzelili prezesa, bo kontrybucji nie zebrał. Miał futra od Żydów pozbierać, żeby Niemcom ciepło na froncie w Rosji było.
Z HANNĄ SZOPĄ,
lat 75, zam. Chmielnik, ul. Szydłowska,
rozmawiał Przemysław Pakosiński
Od kiedy mieszka Pani w Chmielniku?
– Mieszkam tu od 75 lat. Urodziłam się w 1930 roku w rodzinie Adama Zamojskiego. Mój tata był kupcem, prowadził restaurację na rynku chmielnickim, w miejscu dzisiejszego sklepu Grandosa.
Gdzie uczęszczała Pani do szkoły?
– Chodziłam do chmielnickiej szkoły, która mieściła się w miejscu dzisiejszego budynku Urzędu Miasta i Gminy. Była to szkoła publiczna do której uczęszczały dzieci polskie i żydowskie.
Czym się zajmowali przedstawiciele ludności żydowskiej?
– Przede wszystkim handlem, posiadali paszarnie gęsi. Byli wśród nich też drobni fabrykanci, na ulicy Kieleckiej znajdował się wapiennik Żyda Blanka, który wypalał wapno. Na dzisiejszej ulicy Furmańskiej mieściła się mydlarnia. Była tu również słynna winiarnia Leszmana, znana z dobrego wina. Poza tym tartaki żydowskie oraz różne zakłady krawieckie, stolarskie i szewskie.
Jakie były ich obyczaje i wierzenia?
– Prawie wszyscy wyznawali judaizm, wśród Polaków mówiono, że byli wyznawcami religii mojżeszowej. Posiadali oni swoją świątynię zwaną synagogą lub bożnicą. Mieściła się ona przy dzisiejszej ulicy Wspólnej. Do dziś zachował się ten budynek. Obok bożnicy po jej północnej stronie był cmentarz zwany kirkutem, a po południowej stronie znajdowała się szkółka rabiniczna, do której uczęszczały dzieci żydowskie.
Czy pamięta pani jakieś szczególne obrzędy lub święta żydowskie?
– W każdą sobotę Żydzi obchodzili święto zwane szabat. W dniu tym nie wolno im było wykonywać żadnych prac. Na dzień święta gospodynie przygotowywały różne dobre i świąteczne potrawy w naczyniach i misach używanych tylko od święta. Według ich wiary i wyznania każda potrawa musiała mieć swoje osobne naczynie, w którym była podawana. Mleko na przykład nie mogło być gotowane w garnku do mięsa. Oprócz tego obchodzili inne święta np. kucki oraz chanuki.
Czy miała Pani znajomych wśród Żydów?
– Mieszkałam obok rodzin żydowskich, z którymi stale się spotykałam. Rodzina żydowska, która przyjaźniła się z moją rodziną to państwo Sztrauchowie. Mieszkali oni na Rynku pod nr. 26, obecnie w tych mieszkaniach mieszka pani Zuzanna Grandos.
Sztrauchowie byli dobrymi i życzliwymi ludżmi. Na rynku, tam gdzie mieści się restauracja „Pod Gąską’’ była księgarnia prowadzona przez pana Rozenbluma, którego dobrze znałam, ale zginął on podczas wojny. Miałam też koleżanki Żydóweczki, z którymi chodziłam razem do szkoły.
Jakie były stosunki między ludnością polską a żydowską?
– Ludność żydowska i polska współżyła we wzajemnej tolerancji i szacunku. Wszyscy Żydzi posługiwali się językiem polskim. Większość dzieci żydowskich uczęszczała do polskich szkół. Nie pamiętam jakichkolwiek konfliktów ani zatargów pomiędzy obiema narodowościami. Wspominam ich bardzo serdecznie. Ja jako mała dziewczynka miałam wiele koleżanek Żydówek, z którymi spędzałam mnóstwo czasu. W 2000 roku spotkałam się z moją koleżanką, Andzią, która w 1938 roku wyjechała do Manchesteru. Spędziła tam swoją młodość i dorosłe życie. Było to bardzo radosne i bardzo ciekawe spotkanie które mile wspominam.
Z ADAMEM SZYMAŃSKIM,
lat 89, zam. Chmielnik, ul. Polna 1,
rozmawiała Małgorzata Stepień
Pracował Pan przed wojną u Żydów. Czy mógłby pan o tym opowiedzieć?
– Pracowałem w fabryce lasek i biczysk u Żyda, który nazywał się Rozenblum. Mieściła się tam, gdzie obecnie znajduje się mleczarnia, na ulicy Polnej. Nie miałem dobrze płatnego zajęcia, ale cieszyłem się, że w ogóle mam pracę, bo było o nią bardzo trudno. Mieszkałem wtedy w Zreczu Małym. Razem ze mną pracował jeszcze brat i wujek. Żydzi sprowadzali trzcinę na laski i biczyska zza granicy. Surową trzcinę składali w piwnicach fabryki. W poniedziałek wydawali trzcinę, a za tydzień oddawaliśmy gotowe produkty. We trzech, z bratem i wujem, tygodniowo wyrabialiśmy 25 tuzinów lasek. Żydzi niewiele płacili, przykładowo za tuzin lasek 3,00 – 3,50 zł, ale byli uczciwi, nigdy nie zalegali z wypłatami. Nie pamiętam już dokładnie, ile zarabiałem miesięcznie, ale załóżmy, że było to 100 zł Rozenblum wypłacał mi 50 zł w gotówce, a na następne 50 zł wydawał kwit, który mogłem zrealizować w każdym żydowskim sklepie. Kupowało się materiał na ubrania, spożywcze produkty. W tamtym okresie byłem dobrze ubrany, miałem ubranie uszyte z najlepszych materiałów, pracowałem, to mnie na to było stać. To były ubrania na lata. Z okazji naszych świąt Rozeblum dawał nam prezenty, czasem koszule, innym razem krawat. Był dobrym pracodawcą, szanował swoich pracowników, mogę o nim powiedzieć tylko dobre rzeczy. Wszyscy pracownicy byli ubezpieczeni. W tej fabryce pracowałem 7 lat, aż do momentu wybuchu wojny.
Pamięta Pan, jak robiło się zakupy w żydowskim sklepie?
– Prawie wszystkie sklepy w Chmielniku prowadzili Żydzi. Było tylko kilka polskich sklepów. Często zdarzało się tak, że Polak otwierał sklep, a po trzech miesiącach musiał zamknąć, bo splajtował. Polacy częściej kupowali u Żydów, bo tam było trochę taniej, ale przede wszystkim była dobra obsługa, umieli człowieka „pogłaskać”, poczęstowali cukierkami, zapraszali do siebie. Czasami jak już po wojnie kupowałem coś w sklepie i widziałem nieuprzejme sprzedawczynie, sprzedające jeszcze „spod lady”, to mi się przypominały te żydowskie sklepy z miłą i bardzo grzeczną obsługą. Żydzi prowadzący spożywcze sklepy wystawiali na chodniki skrzynki z owocami i warzywami, żeby przechodzących zaprosić do środka. Wnętrze żydowskiego sklepu było takie jak każdego innego. Lady, półki, na półkach towary. Pamiętam kilka sklepów. Materiały odzieżowe kupowało się u Leibnisia, u Szluzyngiera, u Mendrowskiego, zakład szewski, jeden z wielu, prowadził Miller, Berek handlował zbożem.
Czy Żydzi zajmowali się jeszcze czymś innym niż handlem i prowadzeniem interesów?
– Zapamiętałem tylko te zajęcia. Mieszkali przeważnie w mieście, na wsi było ich niewielu. Przychodzili do nas – do Zrecza, by kupić kury, warzywa, skórę z królika czy jeszcze inne rzeczy. Sami nie pracowali na roli. W Śladkowie mieszkał Żyd Berek, który miał trochę pola, ale nie wiem, czy sam pracował, czy wynajmował Polaków. Przeżył wojnę, ale stracił żonę i dzieci. Potem ożenił się z Polką, przechrzcił się i zmienił nazwisko na Brzozowski.
Żydzi mieli zwyczaj brać sady owocowe w dzierżawę, zazwyczaj na trzy lata. Tak sobie kalkulowali, żeby im się opłaciło, żeby na tym zarobić.
Czy utkwiła Panu jakaś ciekawa historia związana z Żydami?
– Może nie tyle ciekawa, co raczej smutna. Na początku wojny woziłem Żydów do Kielc. Ale kiedy zaczęły się ich prześladowania, pierwsze wysiedlenia, nie wolno było tego robić. Żyd Hercka był właścicielem jatki na Małym Rynku, sprzedawał mięso, był rzeźnikiem. Pewnego razu poprosił, żebym zawiózł jego dzieci – córkę i syna do Kielc, do getta. Chciał zapłacić, ile tylko zażądam. Bałem się, żeby Niemcy mnie za to nie zabili i kazałem, żeby te dzieci wyprowadzili 2 km za miasto, a ja je dopiero stamtąd zabiorę, I tak się stało. Jechałem przy tej okazji odebrać z Kielc leki dla aptekarza, często je dla niego woziłem. Miałem jeszcze na wozie z pięć innych osób. Już w Kielcach na ulicy Radomskiej zatrzymali mnie Niemcy i powiedzieli, że wiozę Żydów. Nie mam pojęcia, skąd o tym wiedzieli. Chyba ktoś z tej grupy, którą oprócz żydowskich dzieci wiozłem, musiał powiedzieć. Szykowali już karabiny, żeby mnie i te dzieci zabić, ale one wtedy powiedziały, że szły drogą i ja jako dobry człowiek je zabrałem. To mi uratowało życie, ale dzieci zostały zabrane przez Niemców i nie wiem, co się z nimi stało.
Z KRYSTYNĄ ŚLUSARSKĄ,
lat 86, zam. Chmielnik, ul. Polna,
rozmawiała Anna Balińska
Proszę opowiedzieć, co Pani pamięta z czasów, kiedy w Chmielniku mieszkali Żydzi.
– Ja mieszkam na ulicy Polnej, o której się mówi, że to była typowa ulica polska. Ani jeden Żyd tu nie mieszkał. Tu, gdzie szkoła zawodowa, stała mydlarnia. Miał ją Pasternak. Na dzisiejszej posesji Słomków był zakład ciesielski. Na dawnej ulicy Buskiej był tartak żydowski. Na południowej stronie rynku znajdował się szynk, a przy drodze do synagogi była restauracja. Był w niej bilard i podawano tam gęsinę. W Chmielniku było dużo paszarni gęsi. Jak Żydzi kupili gęsi, tuczyli je w tych paszarniach. Bardzo było dużo piekarni. Tu, gdzie dziś jest sklep z firankami, była cukiernia z bardzo dobrymi wyrobami cukierniczymi. Właściciel nazywał się Jedwabny. Jak idzie się do kina, była piekarnia, w której sprzedawano smaczne obwarzanki gotowane.
Chodziłam z Żydami do szkoły. Mieściła się ona w dzisiejszym Urzędzie Miasta i Gminy. Szkoła mieściła się również w budynku, gdzie była biblioteka i jeszcze w tym domu, gdzie ma sklep „Andrzejek”. Tam był też magiel. Ten Żyd, u którego mieściła się szkoła, nazywał się Zylberger. Ja chodziłam jeszcze do szkoły tam, gdzie jest szpital, do pierwszej klasy, a późnej tu, gdzie urząd.
Uczniowie między sobą, polscy i żydowscy, zachowywali się tak, jak wszystkie dzieci. Pamiętam, że i przezwiska były. Ale nie było łobuzerstwa, bo baliśmy się nauczycieli. Dyscyplina, była duża.
Pamiętam nazwiska koleżanek żydowskich, według alfabetu. Zawsze zastanawiałam się, dlaczego one były na osobnej liście, a Polki na osobnej. Kolejno na liście znajdowały się: Alejzuberg, Byk, Ciecierska, Faingold, Fiślewicz, Golc, Goldwasser, Muła, Łukawiec, Matz.
Tego Żyda, co odwiedza Chmielnik, Mejera Małego, zapytałam kiedyś na spotkaniu w szkole, czy ta Mała, z którą chodziłam do szkoły, to jego siostra. Powiedział, że tak, ale ona poszła do zagłady. Pytał mnie pan Mejer Mały, jak ona się zachowywała w szkole. Z tego, co pamiętam, to tak, jak wszystkie dzieci. Bawiłyśmy się, ale wyzywałyśmy czasami. Jednak żyliśmy zgodnie. Brałyśmy udział w przedstawieniach. Pamiętam takie o krasnoludkach.
Żydówki były bardzo mądre, uczyły się bardzo dobrze, lepiej od polskich dzieci.
Pamiętam dużo żydowskich nauczycieli. Pani Horowicz miała włosypodcięte. Była wymagającą nauczycielką.
Tu gdzie dzisiaj jest bar „Pod Gąską” mieszkali Rozenblumowie. Mieli córkę Etę. Chodziłam z nią do szkoły. To była ładna dziewczyna. Pamiętam, że nosiła granatowe palto obszyte oposowym kołnierzem. Jej rodzice mieli księgarnię. Druga księgarnia znajdowała się na Małym Rynku. Miał ją Żumszaju (Zonszajn).
W rękach Żydów był handel. Mieli bardzo dużo różnych sklepów. Bardzo chciałam i lubiłam odwiedzać sklepy żydowskie. Na ulicy, która prowadzi do Domu Kultury była taka wytwórnia cukierków. Pamiętam, że raz zabrałam stamtąd cukierka z podłogi. Wtedy żyło się biednie, dzieci nie miały tyle wszystkiego, co dziś.
Tu, gdzie dzisiaj jest Angielska, był taki sklep. Pisało na nim kolonialno–spożywcze. Co spożywcze oznaczało, wiedziałam, ale nie rozumiałam słowa kolonialne. A tam były pomarańcze, migdały, figi i był tam chleb świętojański. To był bardzo dobry, przedwojenny sklep. Tam się rzadko chodziło na zakupy, bo towar był drogi.
W sklepach sprzedawały Żydówki i ich mężowie. Do pomocy też zatrudniani byli Żydzi. Polacy tam nie pracowali.
Domy żydowskie były bardzo różne. Jedne czyste, schludne, w innych były pluskwy. Pamiętam, że w mieszkaniach żydowskich było dużo olejnych obrazów. Niektóre były bardzo ładne. Dobrzy malarze byli wśród Żydów. Niektóre Żydówki były dobrymi gospodyniami. Miały piękną pościel, kapy pluszowe.
Była taka rodzina żydowska, która handlowała zbożem. U nich w domu mieli śliczną pościel. Poduchy wyszyte były z materiału kremowego i czerwonego, a oblekane w adamaszkowe poszewki. W domach żydowskich były piękne zastawy stołowe, srebrne, grawerowane. Cały ten dobytek po wysiedleniu Żydów pozostał w ich domach. Niemcy go zarekwirowali. Pojawiło się też ogłoszenie, że każdy Polak, który zostanie przyłapany w domu żydowskim, będzie rozstrzelany.
Żydzi byli bardzo religijni. Przed Wielkanocą modlili się nad każdą wodą. Ubrani byli jakoś odświętnie. Mieli takie haftowane fartuchy, także czepce. Bardzo ładne. Bogate Żydówki nosiły piękne peruki. W ogóle Żydzi dobrze się ubierali. Oczywiście ci bogatsi. Mieli garnitury z najlepszych materiałów. Żydówki chodziły w futrach z fok, miały piękne kostiumy.
W tym okresie też robili mace. Pamiętam smak. Były bardzo dobre. Żydówkom nie było wolno wałkować tej macy. Robiły to młode polskie dziewczęta. Musiały one być bardzo czysto ubrane. Mace były wycinane specjalnym radełkiem i były podziurawione.
Spośród świąt żydowskich najbardziej pamiętam kucki. To było na jesieni. Mieli takie specjalne kumoszki, bo był nad nimi uchylony dach. Żydzi siadywali tam i jedli. To było bardzo dobre jedzenie.
Żydzi, jak brali ślub, nie szli do synagogi. Niedaleko rzeki mieszkała rodzina żydowska, handlowała rybami. Kiedy żeniła się ich córka Findzia, poszliśmy zobaczyć to wesele. Czekaliśmy na weselników. Przyszli z baldachimem. Był taki bordowy ze złotymi frędzelkami, pomponami. Panna młoda ubrana była na biało. Siedziała w takim kącie, jakby na trawie. Ślub odbywał się na dworze.
Koło przedszkola mieszkał Żyd, który dbał o cmentarz. Był też rzerzak. Żydówkom nie wolno było zabijać na przykład gęsi. Robił to właśnie on. Drób musiał być odpowiednio ubity, aby Żydzi mogli go spożywać. Ów rzerzak ucinał zwierzętom łeb i trzymał nad taką blachą wybitym kopytkiem. Niektórzy Polacy z tej krwi robili takie specjalne kluski.
Była taka Żydówka Longwartka. Przechowywała się w Drugni, a potem z córką przeniosły się do Krakowa. To była bogata rodzina. Panie miały drogie stroje, piękne czółenka, szale, apaszki. Ta Żydówka mówiła czysto po polsku. Mieszkała w domu Matysiaków. Tu, gdzie mieszka Borek – czapnik mieszkała Żydówka, której rodzina miała dworek w Celinach. Nazywała się Sztrauch. Do szkoły przywozili ją bryczką. Zimą mieszkała w Chmielniku.
W Chmielniku był lekarz Żyd. Nazywał się Bałanowski. Spotkałam się z nim w Kielcach, wiele lat po wojnie. Był bardzo miły. Ale w naszym domu nigdy nie był. Nie było nas stać na niego. Do nas przychodził felczer Moszenberg. Miał taką siwą bródkę, okulary oprawiane w złocie. Nosił je na czubku nosa.
Wśród Żydów byli tacy młodzi, coś jak u nas klerycy, mówiliśmy na nich ekuerety. Mieli oni takie pejsy. To były takie ładne loczki. Zdarzyło się że jakiś młody Polak rzucił kamykiem w takiego Żyda. Z pejsami pamiętam tylko młodzież. Oni się chyba kształcili na rabinów, bo chodzili do szkółki obok synagogi. Mówiono, że Niemcy podpalili tę szkółkę, razem ze znajdującymi się tam Żydami.
Pamiętam jak w czasie wojny zastrzelono Żyda przy rzece. Inni Żydzi jego krew, która się wylała do wody, zbierali do wiaderka. Ziemię z jego krwią również. Im nie wolno było żydowskiej krwi po śmierci przelewać.
W czasie wojny Żydom ograniczono możliwość poruszania się po mieście. Nie wolno im było chodzić po głównych ulicach. Mieli wyznaczone ulice, po których mogli uczęszczać.
Pamiętam, że jako dziecko często słyszałam: „Nie chodź jak cię Żyd będzie wołał, bo cię weźmie na macę”. Raz tak było, że szłam koło poczty. Jakiś rudy Żyd zawołał do mnie: „Chodź, dziewczynko”. Zaczęłam wtedy uciekać. Dzisiaj wiem, że nic by mi nie zrobił. Wtedy się bardzo bałam.
Taka kuzynka miała córkę – Basię, która studiowała z Żydówką Maszą. Kiedy ta wyjechała do Ameryki, zaprosiła Basię do siebie. Matka tej Polki jeszcze wtedy przestrzegała córkę, by nie jechała, bo wezmą ją na macę. Wtedy Basia nie pojechała, ale wiem, że 5 lat temu odwiedziła Maszę.
Widziałam też, jak polscy chłopcy dokuczali Żydom. Kiedy ci świętowali, chłopcy rzucali w nich kotyrami i brudzili ich. Wtedy Żydówki krzyczały za nimi coś takiego: „atojlt”, co znaczy: „żebyś zdechł”.
Tu, gdzie się idzie do kina, spotykała się młodzież żydowska. Chłopcy polscy dokuczali im czasem. Śpiewali taka piosenkę:
„Na żydowskim obiedzie
tańcowały dwa śledzie,
I Sebek i Bobek i żydowski parobek
Ej chija, chija, chija...”
Z JANINĄ ŚWIERZEWSKĄ,
lat 78, zam. Chmielnik,
rozmawiała Izabela Wach
– Pragnę sięgnąć pamięcią wstecz. Przypomnieć sobie twarze ludzi, wydarzenia, obrazy z przeszłości, choć pamiętam bardzo niewiele. Małe miasteczko, w którym się urodziłam, w którym spędziłam całe swoje dotychczasowe życie i w którym, tak przynajmniej sądzę, zakończę je, jest miasteczkiem żydowskim. Większość budynków znajdujących się w centrum miasta i nie tylko, wybudowali własnymi rękoma nie kto inny jak Żydzi. Ja również mieszkam w pożydowskiej kamienicy. Obecnie Żydzi nie mieszkają już w Chmielniku, ale kiedy byłam dzieckiem, mieszkali. Żydzi stanowili ponad połowę mieszkańców Chmielnika. Tamte czasy pamiętam jak przez mgłę. Moje wspomnienia są w znacznej części zatarte, ale coś nie coś pozostało przez te wszystkie lata w mojej głowie. Żydzi byli narodem raczej skrytym i zamkniętym w sobie. Choć niektóre moje żydowskie koleżanki niekiedy bywały u mnie w domu, ja u nich nigdy. Chodziłam z Żydówkami do szkoły, były też moimi towarzyszkami zabaw z podwórka. Do szkoły chodziły tylko żydowskie dziewczynki, chłopcy uczęszczali do szkółek gdzie uczyli zawodu. Pamiętam kilka sylwetek postaci, niektóre twarze, ale nazwisko pamiętam tylko jedno: Tarek Tina – żydówka z bogatej rodziny. Pamiętam, że zawsze kiedy bawiliśmy się na placu szkolnym, podczas zajęć to właśnie ona stała w środku koła – zajmowała najlepszą pozycję. Gdy rozpoczęła się wojna miałam zaledwie 12 lat.
Nie zajmowałam się nigdy relacjami między Polakiem a Żydem, ale nie utkwiły mi w pamięci żadne akty niechęci w stosunku do tego narodu. Myślę więc, że byli oni traktowani przez Polaków jak równi sobie. Żydzi utrzymywali się z rzemiosła, handlowali, szyli ubrania, masowo hodowali kaczki i gęsi. Był to naród bardzo pobożny. Każdego tygodnia w piątek wieczorem rozpoczynał się szabat – żydowskie święto, które ciągnęło się do wieczora następnego dnia. W ten dzień wszyscy chmielniccy Żydzi wychodzili na rynek miasteczka i spacerowali rozmawiając przez długie godziny. Szli wolno, przyodziani w ubrania o ciemnych kolorach, z uroczystym wyrazem twarzy. Wtedy to ja wraz z moim rodzeństwem i polskimi znajomymi bawiliśmy się w ganianego wśród spacerujących Żydów. Bardzo wyróżnialiśmy się od nich. My – roześmiani, biegający ubrani na kolorowo, oni – zadumani, w ciemnych strojach. Śmieszyły mnie zawsze noszone przez żydowskich mężczyzn malutkie czapeczki, pejsy.
Kiedy rozpoczęła się II wojna światowa Żydów zaczęto coraz mniej widywać w Chmielniku. Chowali się w swoich domach, prawie z nich nie wychodzili. Żydowskie dzieci przestały chodzić do szkoły. W późniejszym czasie Niemcy zajęli naszą szkołę i zrobili z niej szpital. Żydów zaczęto wywozić, nastały dla nich bardzo ciężkie czasy. Niektóre polskie rodziny przetrzymywały Żydów w ukryciu. Pamiętam jeden taki przypadek. Jedna kobieta ukrywała czterech Żydów, dwóch mężczyzn, kobietę i dziecko. Wszystko było dobrze dopóki jakiś sąsiad nie doniósł na tę rodzinę Niemcom. Przyszli do ich domu, rozstrzelali Żydów, gospodarzy domu. Osierocili trójkę dzieci.
Na pewno takich tragedii było więcej, ale moi rodzice starali się chronić dzieci przed takimi informacji. To nie były sceny dla 12–letniej dziewczynki.
Myślę, że to już wszystko co pamiętam. Wiem, ze to bardzo niewiele w porównaniu z wieloma tomami książek napisanych na temat historii i obyczajów narodu żydowskiego, ale uprzedzałam. Żydzi to naród, który na zawsze pozostanie wpisany w karty historii polskiej. Mam nadzieję, że nigdy o nim nie zapomnimy.