Czas pogromów
Stereotyp „żydokomuny” wraz z utrwalanym na przestrzeni lat w społeczeństwie poglądem o dokonywanych przez Żydów mordach rytualnych wywołał falę tragicznych wydarzeń, które przetoczyły się przez Polskę na przełomie 1945 i 1946 roku.
Po wojnie panował pogląd, że prawie żaden Żyd nie przeżył niemieckiej eksterminacji i w świadomości społecznej tzw. problem żydowski przestał istnieć. Ich domy zostały więc zajęte, a majątek zawłaszczony przez polskich sąsiadów. Dlatego pojawienie się nielicznych Żydów ocalałych z Holokaustu wzmogło obawy, że będą się chcieli upomnieć o swoje, a ich nieskrywana sympatia do nowej władzy tylko tę niechęć potęgowała. Inną rzeczą jest również fakt, że lata okupacji ukazały polskiemu społeczeństwu - mimowolnemu naocznemu świadkowi zagłady tego narodu - wizerunek Żyda jako obywatela drugiej lub trzeciej kategorii, za zabicie którego nie grożą żadne konsekwencje.
Koniec wojny i wycofanie się żołnierzy niemieckich z naszego kraju bynajmniej wcale nie oznaczały końca problemów społeczności żydowskiej. Ludzie ci byli stale narażeni na ataki ze strony podziemia niepodległościowego - tzw. „żołnierzy wyklętych”. Jednak najtragiczniejsze w skutkach wydarzenia spowodowane były postawą nie zbrojnych band, lecz zwykłych obywateli.
12 czerwca 1945 roku „Dziennik Rzeszowski” doniósł o znalezieniu w kamienicy przy ul. Tannenbauma 12 (dzisiaj Okrzei) zmasakrowanych zwłok 9-letniej Bronisławy Mendoń (ciało dziewczynki było jakoby obdarte ze skóry). Ponieważ przy tej samej ulicy mieszkał rabin Leiba Torna oraz kilkoro innych obywateli żydowskich, właśnie na nich padło podejrzenie popełnienia tej zbrodni. Miasto obiegła plotka, że Żydzi potrzebowali krwi chrześcijańskiego dziecka do swoich praktyk religijnych. Atmosfera gęstniała z każdą chwilą; zanosiło się na pogrom. W żydowskich mieszkaniach przeprowadzono nawet rewizje, a Żydów aresztowano (i to ich ocaliło!), choć w drodze na komisariat wielu z nich pobito. Podczas rewizji w mieszkaniach nie znaleziono jednak niczego, co mogłoby mieć związek z tą sprawą. Mimo to wkrótce rozpowszechniła się pogłoska, że w mieszkaniu rabina znajdują się szczątki innych dzieci. Po opuszczeniu mieszkań przez milicję splądrowano je.
Tymczasem MO wobec braku dowodów postanowiła wypuścić zatrzymanych Żydów, ci jednak, obawiając się wzburzonej gawiedzi, odmówili opuszczenia komendy. W międzyczasie dwustu niezatrzymanych Żydów z Rzeszowa zdążyło opuścić miasto. Bilans strat, nie licząc pobić i grabieży, nie okazał się tragiczny, a sprawy zagadkowej śmierci dziewczynki do dziś nie wyjaśniono.
Oskarżanie Żydów o popełnianie mordów rytualnych z punktu widzenia religii żydowskiej było nonsensem. Celem tych zabójstw miało być ośmieszenie krwawej ofiary Chrystusa. Polegało to rzekomo na torturowaniu, a następnie ukrzyżowaniu dziecka chrześcijańskiego, a później rytualnym spożyciu jego krwi w macy, tymczasem żydowskie prawo kategorycznie zakazuje spożywania krwi pod każdą postacią, a wszelkie pokarmy, które ją zawierają, traktuje jako nieczyste. Jednak właśnie to rzekomy mord rytualny był głównym powodem prowokowania antyżydowskich zamieszek i tumultów. Warto też wspomnieć, że nawet słynący z nienawiści do Żydów hitlerowscy przywódcy wśród wielu argumentów, jakie wysuwali, aby usprawiedliwić Holokaust i nadać temu procederowi naukowy charakter, nigdy nie podnieśli tezy o żydowskich mordach rytualnych, gdyż najprawdopodobniej taki argument spotkałby się z wyśmianiem ze strony innych Niemców.
Dwa miesiące po wydarzeniach w Rzeszowie antyżydowskie wystąpienia miały miejsce w kulturalnej stolicy Polski, czyli w Krakowie. Tam również po mieście krążyły niczym niepotwierdzone plotki o rytualnych mordach chrześcijańskich dzieci, których pod osłoną nocy mieli dokonywać miejscowi Żydzi. Pojawili się nawet rzekomi świadkowie, którzy w centrum Kazimierza (dzielnica żydowska), przy ul. Szerokiej, jakoby widzieli pomordowane dzieci. W efekcie 11 sierpnia 1945 roku przed synagogą Kupa przy ul. Miodowej, gdzie odbywało się nabożeństwo, zebrał się tłum wrogo nastawionych krakowian. W kierunku żydowskiej bożnicy leciały groźby, obelgi i kamienie. Nagle jeden z Żydów uczestniczących w modlitwach wybiegł z synagogi i potarmosił jednego z wyjątkowo agresywnych wyrostków - harcerza Antoniego Nijakiego. Tenże młokos podniósł wtedy larum, że Żydzi chcą go zamordować, i to było bodźcem do dalszych tragicznych wydarzeń. Tłum wtargnął do bożnicy i pobił znajdujących się tam Żydów. Zdemolowano też zabytkowe wnętrze, a sprzęty wyniesiono na ulicę i podpalono. Dalej zamieszki przeniosły się na całą dzielnicę Kazimierz, gdzie plądrowano żydowskie sklepy i demolowano mieszkania. Pobitych Żydów milicja zwoziła dorożkami do szpitala miejskiego przy ul. Łazarza, ale tam - jak zeznawali poszkodowani - również nie mogli się czuć bezpiecznie. Personel szpitala okazywał im wrogość, a rannych nazywał „żydowskim ścierwem, które trzeba teraz ratować, mimo że oni pomordowali polskie dzieci”.
Spokój w mieście zaprowadziły przybyłe dopiero wieczorem liczne oddziały milicji, funkcjonariuszy UB oraz żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zatrzymano blisko 150 napastników (w tym 40 milicjantów, którzy również brali udział w zajściach!). Jedyną potwierdzoną oficjalnie ofiarą śmiertelną pogromu była 56-letnia Róża Berger, która wróciła do rodzinnego Krakowa po wyzwoleniu z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Zginęła od kuli, jaka przeszyła drzwi jej mieszkania.
Niewątpliwie przedstawione tu wydarzenia, pomimo swej dramaturgii, wyglądały na mniej groźne w zestawieniu z wielkim procesem eksterminacji, który spotkał Żydów w Europie kilkanaście miesięcy wcześniej. Jednak pogromy w Polsce działy się już po wojnie, kiedy świat zaczynał się otrząsać z wielkiego dramatu, który na przestrzeni kilku lat dotknął ludzkość. Ale najtragiczniejsze wydarzenia miały dopiero nadejść...
1 lipca 1946 roku w Kielcach, syn miejscowego szewca, dziewięcioletni Henryk Błaszczyk, uciekł z domu i pojechał do oddalonej o dwadzieścia kilometrów wsi Pielaki, gdzie mieszkała jego babcia, a także kilku najbliższych kolegów. Dwa dni później Henio wrócił do domu obładowany owocami i oświadczył rozgniewanemu ojcu, że... został porwany przez Żydów. 4 lipca Walenty Błaszczyk zabrał syna i w towarzystwie sąsiada udali się na posterunek milicji. Kiedy przechodzili koło Komitetu Żydowskiego przy ul. Planty 7, mały Henio powiedział, że właśnie w tym budynku wraz z kilkoma innymi chłopcami był jakoby przetrzymywany w piwnicy. Wskazał również na przechodzącego przypadkowego Żyda w charakterystycznym zielonym kapeluszu, że to on podstępnie zwabił go do tego budynku. Następnie cała trójka tę wersję opowiedziała na komendzie. Posterunkowy sierżant Zagórski wysłał patrol milicji w celu zbadania sprawy i polecił również zatrzymać Żyda w zielonym kapeluszu, którym okazał się Kalman Singier.
Zaniepokojony całą sytuacją doktor Seweryn Kahane - przewodniczący miejscowego Komitetu Żydowskiego - przyszedł na komisariat w celu wyjaśnienia sprawy. Zdumiony oskarżeniami zaznaczył, że w żydowskim budynku nie było nigdy żadnej piwnicy, gdyż znajduje się on na grząskim podłożu tuż nad rzeką Silnicą i oczywiście nigdy nie były tam przetrzymywane żadne dzieci. Tymczasem wysłani na miejsce milicjanci, zamiast wyjaśnić całą niedorzeczność, tylko zaognili sytuację. Przed Komitetem Żydowskim szybko zgromadził się tłum kielczan (według różnych relacji od 500 osób do 3 tysięcy) domagający się ukarania „Żydów - morderców polskich dzieci”. Wydawać by się mogło, że cała sprawa znajdzie jednak szczęśliwy finał, bo wprowadzony do budynku Henio nie potrafił wskazać miejsca, gdzie był rzekomo przetrzymywany, i został nawet zbesztany przez jednego z milicjantów za prowokowanie zamieszek, jednak... tłum stanął w obronie dzieciaka. Niespodziewanie na miejsce przyjechał samochód UB w celu zbadania sprawy, co spotęgowało jeszcze agresję. Zgromadzeni próbowali przewrócić samochód ubowców i wystraszeni funkcjonariusze odjechali.
W obleganym budynku znajdowało się dwudziestu Żydów, którzy zabarykadowali drzwi i schronili się na drugim piętrze. Kiedy przyjechało wojsko, Żydzi myśleli, że przyszło ocalenie, jednak żołnierze niespodzianie zaczęli strzelać do okien i wtargnęli do budynku, a wraz z nimi rozhisteryzowany tłum. Według zeznań świadków późniejszego procesu kieleckiego, doszło wówczas do makabrycznych scen - ludzi wywlekano z budynku i bito, również kamieniami i kolbami karabinów, a niekiedy do nich strzelano. Dwie kobiety wyrzucono przez balkon, a następnie je dobito.
Dantejskie sceny przy ul. Planty rozgrywały się przez półtorej godziny. Później na miejsce dotarł zdyscyplinowany oddział wojska. Z miejsca tragedii odepchnięto napastników, a zabitych i rannych wrzucono na ciężarówki i wywieziono w bezpieczne miejsce. Jednak agresja tłumu nie zmalała, a fala tragicznych wydarzeń przeniosła się na ulice miasta. Atakowano nawet ludzi jedynie wyglądem przypominających Żydów. Do pogromców przyłączyli się robotnicy Huty Ludwików, którzy przerwali pracę i uzbrojeni w łomy pobiegli bić znienawidzonych Żydów. Teraz centralnym punktem dramatu stał się kielecki dworzec kolejowy, gdzie Żydów wywlekano z przejeżdżających przez miasto pociągów. Nieszczęśników kamienowano i dobijano metalowymi prętami.

Pogrom kielecki był ostatnim zbiorowym mordem dokonanym na Żydach w Europie. Oficjalna wersja mówi o 42 ofiarach śmiertelnych, lecz w rzeczywistości trudno ustalić precyzyjną liczbę, gdyż tego dnia mordowano również na innych stacjach kolejowych świętokrzyskich miast. Do tragicznego bilansu należy dodać przeszło sto osób ciężko rannych, z czego wiele zostało trwałymi kalekami (utrata wzroku, sprawności fizycznej lub powikłania po ciężkich urazach głowy).
Skala zbrodni szokuje nawet po latach. Prokurator Krzysztof Falkiewicz z kieleckiego oddziału IPN, zajmujący się pogromem kieleckim, a raczej rzekomą ubecką prowokacją, konkludował: „Nie zapominajmy o jednym, że pogromu dokonali zwykli ludzie. Szokuje ich okrucieństwo - kilka osób zastrzelono, innych rozmiażdżono kamieniami, deskami z gwoździami, rozszarpano. Jak wielka była nienawiść do Żydów...”.
Niedługo po pogromie kieleckim nielegalnie opuściło Polskę około 60 tysięcy Żydów, czyli 1/4 polskiej diaspory. Rząd w Warszawie dawał ciche przyzwolenie na pokielecką emigrację.
PAWEŁ PETRYKA