Między październikiem a marcem
Choć pierwszy sekretarz i premier składali deklaracje, że żydowska autonomia w Polsce nie jest zagrożona, to jednak nad Żydami, którzy prowadzili działalność społeczną, zaczęły się zbierać czarne chmury.
Przejawy antysemityzmu podczas październikowego przełomu zapoczątkowały kolejną falę emigracji, gdzie na przestrzeni kilku miesięcy nasz kraj opuściło przeszło 20 tysięcy obywateli żydowskiego pochodzenia. Obawy Żydów co do ich przyszłości w Polsce próbował uspokoić ówczesny przywódca państwa Władysław Gomułka, pozbywając się z obozu władzy najbardziej antysemicko nastawionych polityków. W tym tonie było również exposé premiera Józefa Cyrankiewicza: „Rząd stać będzie niezłomnie na stanowisku strzeżenia równych praw i równych obowiązków dla wszystkich obywateli, niezależnie od ich pochodzenia, narodowości lub wyznania, i walczyć będzie stanowczo z wszelkiego rodzaju szowinistycznymi tendencjami, z antysemityzmem, a także z próbami dyskryminacji i upośledzenia, wymierzonymi przeciwko mniejszościom narodowym zamieszkującym Polskę. Wszelkie próby dyskryminacji i podważania w tym okresie obowiązujących praw w stosunku do ludności żydowskiej, której Polska jest od wieków Ojczyzną, spotkają się ze zdecydowanym przeciwdziałaniem ze strony rządu i jego organów”. Dodatkowo partyjna wierchuszka wystosowała do struktur terenowych PZPR w całym kraju specjalny okólnik, w którym między innymi czytamy: „ Z całą mocą raz jeszcze podkreślamy internacjonalistyczny charakter naszej partii. Nie ma i nie może mieć w niej miejsca dla ludzi krzewiących poglądy nacjonalistyczne, szowinistyczne i rasistowskie. Nie wolno tolerować w partii ludzi, którzy próbują zatruwać szeregi partyjne jadem nacjonalizmu i antysemityzmu”. Dodatkowo władza podkreśliła prawo obywateli należących do mniejszości narodowych (oprócz Żydów liczną grupą etniczną byli Niemcy, Białorusini oraz Ukraińcy) do swobodnej nauki ich ojczystego języka oraz do piastowania funkcji partyjnych i państwowych.

Październikowy przełom spowodował również renegocjację wszelkich umów i wzajemnych kontaktów z ZSRR. Jednym z takich uzgodnień była umowa repatriacyjna, w wyniku której do Polski mogło przyjechać około 250 tysięcy byłych obywateli II RP, z czego 20 tysięcy stanowili Żydzi. Ale ich pojawienie się u nas nastręczało dodatkowe problemy. Osoby te bowiem zwykle bardzo słabo mówiły po polsku - posługiwały się głównie językiem rosyjskim lub jidysz, co powodowało niechęć wobec nich ze strony polskiego społeczeństwa. Dlatego w większości traktowali oni Polskę jako czasowy przystanek przed wyjazdem do Izraela. Główny ciężar zaopiekowania się przybyszami ze wschodu spadał na barki Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce. W tym celu organizowano więc obozy przejściowe w Warszawie, Śródborowie koło Otwocka (do dziś funkcjonuje tam ośrodek wczasowy TSKŻ-etu), we Wrocławiu i kilku innych miejscowościach. Sporym ułatwieniem ze strony polskich władz była zgoda na wznowienie przez TSKŻ kontaktów ze Światowym Kongresem Żydów oraz z żydowskimi organizacjami charytatywnymi, takimi jak Joint czy Towarzystwo Szerzenia Pracy Zawodowej i Rolniczej wśród Żydów (ORT), co zaowocowało dodatkowymi środkami finansowymi, przeznaczanymi na pomoc tym ludziom. Inną rzeczą jest, że TSKŻ mógł również liczyć na największą hojność państwowych dotacji w porównaniu z innymi organizacjami mniejszościowymi. Dla przykładu - w 1960 roku otrzymał z budżetu 2620 tys. zł, kiedy na przykład Ukraińskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne dostało 950 tys. zł, a rosyjski ośrodek - 722 tys.

Liczne kontakty migracyjne między Polską a Izraelem próbowała kompilować strona rosyjska, gdyż Moskwa w tym czasie prowadziła już polityczną wojnę z państwem żydowskim. Oczywiście wpłynęło to na zmniejszenie wydawania przez polskie MSZ pozwoleń na wyjazdy, lecz nie zahamowało emigracji. Tutaj warto dodać, że około 1200 Żydów, którzy wyjechali do Izraela, zdecydowało się na powrót do Polski - wśród nich znany pisarz Pesach Binecki oraz Marek Edelman, który jednak od początku twierdził, że w Izraelu był tylko z wizytą. Wydarzeniem sporej rangi było zagraniczne tournee Państwowego Teatru Żydowskiego. Jego artyści odwiedzili Belgię, Francję oraz Izrael i byli gorąco przyjmowani przez tamtejsze widownie. Dyrektorem teatru była znakomita aktorka Ida Kamińska, pierwsza kobieta zza żelaznej kurtyny, która otrzymała nominację do Oscara za najlepszą rolę żeńską. Doceniono ją za znakomitą kreację sklepikarki w czechosłowackim filmie „Sklep przy główniej ulicy”. Szczególnie ważny dla zespołu był występ w Izraelu, gdzie mogli się zaprezentować przed dawnymi rodakami, zrzeszonymi głównie w Federacji Żydów Polskich. Artystów z Polski gościł również izraelski prezydent Icchak Ben Cwi. Jak później wspominała Kamińska, prezydent „okazywał głębokie zrozumienie z powodów, dla których naszą działalność kulturalną wciąż prowadzimy w Polsce”. Według polskich służb wywiadowczych, oczywiście pilotujących całe żydowskie tournee, to „głębokie zrozumienie” nie było niczym innym, jak zachętą aktorów do emigracji, bo zdaniem propagatora syjonizmu, jakim był ówczesny prezydent Ben Cwi, prawdziwą ojczyną polskich Żydów jest Izrael, a w Polsce są tylko „nosicielami idei narodowej wśród żydostwa”.

Z początkiem lat 60., po emigracyjnej fali października ’56 w Polsce zostało około 30 tysięcy Żydów. Jednak już w tym okresie mimo rządowych deklaracji w obozie władzy zaczęła do głosu dochodzić tzw. frakcja partyzantów skupiona wokół wiceministra MSW Mieczysława Moczara. Grupa ta, nazywana przez Żydów Czerwonym ONRem, zaczęła, mówiąc językiem przedwojennym, „odżydzać” Polskę. Początkowo zajęto się ambasadą Izraela w Warszawie. Jedną z pierwszych ofiar walki z „układem” był znany dziennikarz Henryk Holland - ojciec reżyserki Agnieszki Holland - który w grudniu 1961 roku, zagrożony aresztowaniem za współpracę z zachodnimi mediami, nie wytrzymał presji i podczas rewizji wyskoczył z okna swojego mieszkania na szóstym piętrze. Powoli zaczął się też odwrót od październikowych przemian. Oznaką tego była chociażby likwidacja warszawskiego Klubu Krzywego Koła, popularnego miejsca kulturalnego na ówczesnej mapie stolicy, obfitującego w rozmaite ciekawe i nie zawsze politycznie dyskusje, a także niezwykle poczytnego i opiniotwórczego czasopisma „Po Prostu”, które odegrało wiodącą rolę w polityczno-społecznych przemianach 1956 roku. Warto nadmienić, że w tygodniku tym, który uchodził za pismo studentów i młodej inteligencji, publikowali między innymi Agnieszka Osiecka, Marek Hłasko, Jan Olszewski i Jerzy Urban.
W odpowiedzi na politykę kulturalną rządu grupa trzydziestu czterech intelektualistów wystosowała list protestacyjny autorstwa Antoniego Słonimskiego (tzw. list 34) do premiera Józefa Cyrankiewicza, sprzeciwiając się między innymi cenzurze oraz limitom papieru na drukowanie książek i czasopism. Ponieważ jednak apel ten nie był jednolitym stanowiskiem ludzi pióra, szybko pojawił się inny list, sprzeciwiający się „kampanii oczerniającej Polskę”, sygnowany przez 600 nazwisk polskich literatów, w tym przyszłą noblistkę Wisławę Szymborską, Tadeusza Różewicza czy prezesa Związku Literatów Polskich Jarosława Iwaszkiewicza. I choć autorem „listu 34” był poeta żydowskiego pochodzenia, większość pisarzy Żydów podpisała się pod petycją piętnującą „szkalowanie polskiego rządu”. Nawet przewodniczący TSKŻ Hersz Smolar, działając pod dyktando partyjnej wierchuszki, naciskał na żydowskich pisarzy, członków ZLP, aby podpisali „list 600”.
W grudniu 1961 roku odbył się IV Zjazd TSKŻ-etu. Na przewodniczącego ponownie wybrano Smolara, a jego zastępcami zostali Dawid Sfard i Szmuel Hurwicz. Jednak ze strony władz - głównie generałów Mieczysława Moczara i Kazimierza Witaszewskiego - nadszedł wyraźny sygnał, że partia już straciła zaufanie do tego zarządu i postulowano o zmiany kadrowe. TSKŻ potulnie spełnił tę sugestię i na nowego przewodniczącego wybrano Lejba Domba. Jak pokazały powyższe wydarzenia, środowiska żydowskie nie były w stanie zdobyć się na żaden, nawet symboliczny gest sprzeciwu i spolegliwie spełniały zalecenia i sugestie władz, wierząc, że to posłuszeństwo zapewni im spokój oraz pozwoli zachować dotychczasową autonomię. Infiltracja środowisk żydowskich prowadzona przez aparat władzy wpłynęła na zapaść dotychczas dynamicznego rozwoju żydowskiej ulicy. TSKZ - co rusz szargany groźbami o możliwości zawieszenia lub nawet zamknięcia organizacji - nie rozwijał swej działalności tak prężnie jak chociażby dziesięć lat wcześniej. Koncentrowano się głównie na działalności literackiej, skupionej głównie wokół wydawnictwa „Idisz Buch”, jedynego żydowskiego wydawcy w Polsce. Dzięki niemu wydano klasyków literatury żydowskiej, między innymi Mendla Mojchera, Lejba Pereca czy Izaaka Singera. Ukazywały się przekłady na jidysz literatury polskiej, na przykład Aleksandra Fredry, Adama Mickiewicza oraz Juliana Stryjkowskiego. Wychodziła również literatura dziecięca, na przykład wiersze Jana Brzechwy, Juliana Tuwima czy baśnie Lejba Olickiego. „Idisz Buch” opublikował również „Kroniki getta warszawskiego”, unikatowe dzieło Emanuela Ringelbluma, oparte na zachowanych bezpośrednich relacjach ginących ofiar getta.
Kwestia literacka zawsze była bliska Żydom. Przed wojną, kiedy większość urzędów administracji publicznej była dla nich niedostępna, właśnie dzięki literaturze i prasie mieli swój wpływ na rzeczywistość. Za przykład mogą tu posłużyć redagowane przez Mieczysława Grydzewskiego „Wiadomości Literackie”, gdzie publikowała cała plejada wybitnych żydowskich ludzi pióra, na przykład Julian Tuwim, Jan Lechoń, Antoni Słonimski czy Bruno Schulz i towarzysząca temu środowisku grupa skamandrytów. W nurt ten wpisał się również tygodnik „Zwrotnica” pod batutą Tadeusza Peipera, współpracujący z tzw. Awangardą Krakowską. A także stricte żydowski dziennik „Nasz Przegląd” pod red. Jakuba Appenszlaka.
Z kolei z powojennego grona pisarzy o żydowskich korzeniach, którzy na stałe weszli do kanonu literackiego, warto wymienić braci Kazimierza i Mariana Brandysów, Mieczysława Jastruna, Stanisława Lema, Artura Sandauera, Leopolda Tyrmanda czy tworzących na emigracji: Gustawa Herlinga-Grudzińskiego oraz noblistę Izaaka Singera.
PAWEŁ PETRYKA