Swietokrzyski sztetl

English Deutsch
  • WYDARZENIA
  • CENY - REZERWACJE
  • OFERTA EDUKACYJNA
  • QUESTING
  • REGULAMIN
  • KONKURS NASI SĄSIEDZI – ŻYDZI
  • EKSPONAT MIESIĄCA
    • Kwiecień 2016 - Taca
    • Marzec 2016 - Wycinanka
    • Luty 2016 - Polichromia
    • Styczeń 2016 - Rynek
    • Grudzień 2015 - Patchwork
    • Listopad 2015 - Wycinanka
  • OEM Świętokrzyski Sztetl
    • Historia
    • Projekt
    • Etapy powstania
    • DIORAMY
    • Wirtualny spacer po Chmielniku
    • Wędrówki po Ziemi Chmielnickiej
    • Historia Chmielnika
    • Plan miasta Chmielnika
  • Żydzi w historii Chmielnika
    • W szlacheckiej Rzeczypospolitej
    • Dobre miejsce dla Żydów
    • Od poddanych do obywateli
    • Prawdziwe sztetl
    • W wolnej Polsce
    • Siła tradycji i religii
    • Nie tylko wokół synagogi
    • Między starym a nowym
    • Społeczne troski
    • W stronę przemysłu
    • Walka o kredyt
    • Handel, handel
    • Apel Poległych
    • Zagłada
    • To, co w pamięci zostało cz. 1
    • To, co w pamięci zostało cz. 2
    • To, co w pamięci zostało cz. 3
    • To, co w pamięci zostało cz. 4
  • Gminy Żydowskie 1918-1939
    • BĘDZIN
    • BIAŁOBRZEGI
    • BODZENTYN
    • BOGORIA
    • BRZESKO NOWE
    • BUSKO-ZDRÓJ
    • CHĘCINY
    • CHMIELNIK
    • CIEPIELÓW
    • CZELADŹ
    • CZĘSTOCHOWA
    • DALESZYCE
    • DĄBROWA GÓRNICZA
    • DRZEWICA
    • DZIAŁOSZYCE
    • GŁOWACZÓW
    • GNIEWOSZÓW
    • GOWARCZÓW
    • IŁŻA
    • IWANISKA
    • JANOWIEC
    • JANÓW
    • JĘDRZEJÓW
    • KAZANÓW
    • KIELCE
    • KLIMONTÓW
    • KLWÓW
    • KŁOBUCK
    • KOŃSKIE
    • KOPRZYWNICA
    • KOSZYCE
    • KOZIENICE
    • KRZEPICE
    • KSIĄŻ WIELKI
    • KUNÓW
    • KUROZWĘKI
    • LELÓW
    • LIPSKO
    • ŁAGÓW
    • ŁOPUSZNO
    • MAGNUSZEW
    • MAŁOGOSZCZ
    • MIECHÓW
    • MODRZEJÓW
    • NOWA SŁUPIA
    • NOWY KORCZYN
    • ODRZYWÓŁ
    • OLKUSZ
    • OPATÓW
    • OPOCZNO
    • OSIEK
    • OSTROWIEC ŚWIĘTOKRZYSKI
    • OŻARÓW
    • PACANÓW
    • PILICA
    • PIŃCZÓW
    • POŁANIEC
    • PROSZOWICE
    • PRZEDBÓRZ
    • PRZYRÓW
    • PRZYSUCHA
    • PRZYTYK
    • RADOM
    • RADOSZYCE
    • RAKÓW
    • SANDOMIERZ
    • SIENNO
    • SKAŁA
    • SKARŻYSKO-KAMIENNA
    • SŁAWKÓW
    • SŁOMNIKI
    • SOLEC
    • SOSNOWIEC
    • STARACHOWICE-WIERZBNIK
    • STASZÓW
    • STOPNICA
    • STROMIEC
    • STRZEMIESZYCE
    • SZCZEKOCINY
    • SZYDŁOWIEC
    • SZYDŁÓW
    • TARŁÓW
    • WĄCHOCK
    • WIŚLICA
    • WŁOSZCZOWA
    • WODZISŁAW
    • WOLANÓW
    • WOLBROM
    • ZAWICHOST
    • ZAWIERCIE
    • ZWOLEŃ
    • ŻARKI
    • ŻARNOWIEC
    • ŻARNÓW
  • Żydzi polscy - historia
    • Historia do 1918 roku
    • XX-lecie Międzywojenne
    • Zagłada - cz. 1
    • Zagłada - cz. 2
    • Obozy Zagłady
    • Spis Obozów
    • Auschwitz-Birkenau cz.1
    • Auschwitz-Birkenau cz.2
    • Auschwitz-Birkenau cz.3
    • Auschwitz-Birkenau cz.4
    • Treblinka
    • Chełmno
    • Po zagładzie
    • Podejrzenia o "żydokomunę"
    • Czas pogromów
    • Od pogromu do Syjonu
    • Niezależność i autonomia
    • Druga ojczyzna?
    • Stalinowski antysyjonizm
    • Zapomniani nobliści
    • Kultura i sport
    • Niepokoje '56
    • Tajemnicza zbrodnia
    • Między październikiem a marcem
    • Ostateczna rozprawa
    • Przerwana historia
    • Afera karmelitańska
    • Żydowskie wysepki
    • Nowy rozdział
    • Dolina krzyży
    • Odrodzenie
  • Sztetle w dawnej prasie
    • Busko-Zdrój
    • Chęciny
    • Chmielnik
    • Daleszyce
    • Działoszyce
    • Jędrzejów
    • Kielce
    • Kielecczyzna
    • Końskie
    • Małogoszcz
    • Miechów
    • Olkusz
    • Pacanów
    • Pierzchnica
    • Pińczów
    • Proszowice
    • Przysucha
    • Radom
    • Sandomierz
    • Sobków
    • Solec-Zdrój
    • Suchedniów
    • Wiślica
    • Włoszczowa
    • Wodzisław
    • Żarki
    • Żarnowiec
  • Sztetle w dawnej fotografii
    • Będzin
    • Bodzentyn
    • Bogoria
    • Busko-Zdrój
    • Chęciny
    • Chmielnik
    • Czeladź
    • Częstochowa
    • Dąbrowa Górnicza
    • Działoszyce
    • Gniewoszów
    • Iłża
    • Janowiec
    • Jędrzejów
    • Kielce
    • Klimontów
    • Klwów
    • Małogoszcz
    • Oksa
    • Pińczów
    • Raków
    • Sandomierz
    • Sędziszów
    • Staszów
    • Wiślica
    • Wodzisław
  • Bibliografia kieleckich sztetli
    • A - B - C - D - E - F
    • G - H - I - J - K - L
    • Ł - M - N - O - P - Q
    • R - S - T - U - W - Z
  • Artykuły
    • 2014
    • 2013
    • 2012
  • Ciekawe Publikacje
    • Dowcipy żydowskie (1927)
    • Garstka wybranych (2014)
    • Kiedy i skąd przybyli Żydzi do Polski
    • Kultura i sztuka ludu żydowskiego
    • Polska kuchnia koszerna (1877)
    • Słownik biograficzny (1905)
    • Sztetl (2014)
    • Święta Żydowskie (1908) Tom 1
    • Święta Żydowskie (1914) Tom 2
    • Święta Żydowskie (1919) Tom 3
    • Żydzi w Polsce (1921)
    • Żydzi w powstaniu 1863 r. (1938)
  • Galeria
  • Media o nas 2015-2016
  • Media o nas 2011-2014
  • Zaproszenia
  • Partnerzy
  • Polecane strony
  • Kontakt

Auschwitz-Birkenau cz.2

Zagłada Żydów.

 

Dla Żydów polskich Oświęcim był z reguły obozem zagłady, podobnie jak dla Żydów innych państw europejskich. Osobną, niewielką grupę stanowili Żydzi jeńcy wojenni, którzy w czasie wojny dostali się walcząc z bronią w ręku do niewoli niemieckiej. Żydów tych wybierano z obozów, w których internowani byli jako jeńcy wojenni, i umieszczano ich jako przestępców w obozach koncentracyjnych. (W obozie koncentracyjnym w Majdanku zachowała się kartoteka sześciu tysięcy tego rodzaju więźniów). W Oświęcimiu przebywał jako nr 85.512 lekarz angielski dr Sperber, który po storpedowaniu angielskiego okrętu, na którym pełnił służbę lekarza w randze oficerskiej, dostał się do niewoli niemieckiej i umieszczony został najpierw w oficerskim obozie dla jeńców Anglików, skąd potem przetransportowano go 19.XII.1942 roku do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.

 

Żydów, zmaltretowanych fizycznie i moralnie przez urągające godności człowieka traktowanie oraz zniszczonych materialnie kontrybucjami i ciągłymi przesiedleniami, wabiono z całej Europy do obozu oświęcimskiego oszukańczą obietnicą wyjazdu do różnych prac w Polsce i na Ukrainie. Wyłudzano od nich w ten sposób mienie, które zabierali ze sobą dla urządzenia się na nowych terenach i rabowano je zaraz przy wyładowaniu na rampie kolejowej w Oświęcimiu. Z Żydami greckimi zawierało Gestapo nawet kontrakty kupna działek i sklepów na Ukrainie. Innym zaś obiecywano, że jadą na wymianę za niemieckich jeńców wojennych internowanych w Anglii. Ci po przybyciu do Oświęcimia zapytywali, jak daleko jest jeszcze stąd do kanału La Manche. Przed wyjazdem namawiano tych ludzi, by każdy brał ze sobą ubrania robocze i wszelkie rzeczy najbardziej wartościowe, mówiąc, że rzeczy te będą im potrzebne, ponieważ w miejscu osiedlenia każdy pracować będzie w swoim zawodzie. Dzięki temu Oświęcim stał się olbrzymim magazynem różnych narzędzi, instrumentów lekarskich oraz wielu innych przedmiotów użytkowych i wartościowych. Po wjeździe do Oświęcimia z chwilą zatrzymania się pociągu na rampie obozowej bocznicy kolejowej, wypędzano Żydów z wagonów, a rzeczy wyrzucano na rampę, skąd specjalna drużyna robocza więźniów przewoziła je do olbrzymich magazynów zwanych „Kanada“ (nazwa nadana przez więźniów z powodu bogactw, które złożone były w magazynach, przyjęta później przez zarząd obozu i oficjalnie używana).

 

Tymczasem lekarze SS wybierali spośród przybyłych tylko niewielką część młodych, zdolnych do pracy Żydów, a resztę wysyłali wprost z rampy kolejowej do komór gazowych, gdzie wszystkich duszono gazem. Pierwszymi ofiarami mordów byli więc chorzy, starcy, kobiety ciężarne, kobiety z niemowlętami i dzieci. Jeżeli krematoria nie mogły pochłonąć wszystkich ofiar, umieszczano je w obozie jako depozyt (nazwa oficjalna Depot-Häftlinge), którego nie ujmowano w ewidencję więźniów, tylko po opróżnieniu się krematoriów gazowano i palono. To samo odnosi się również do ludzi zdrowych, młodych, silnych, na których siłę roboczą zarząd obozu nie miał w czasie przybycia transportu zapotrzebowania. Do obozu przyjmowano tylko tych, którzy byli potrzebni do uzupełnienia luk powstałych w drużynach roboczych. Wobec takiego założenia bardzo duża ilość transportów w ogóle nie przechodziła przez obóz, a szła po obrabowaniu ofiar bezpośrednio z rampy kolejowej do komór gazowych. Ilość więźniów z transportów żydowskich, przyjętych do obozu, wynosiła przeciętnie jedynie około 10% wszystkich ludzi, których przywożono do Oświęcimia. Według danych statystycznych, zebranych dla samego tylko pola „a“ odcinka obozu B II w Brzezince, przybyło na to pole w czasie od 21.10.1943 do 30.10.1944 z 76 transportów kolejowych zaledwie 7.253 mężczyzn, a reszta, tj. 24.688 mężczyzn, wszystkie kobiety i wszystkie dzieci poszły wprost z wagonów do komór gazowych. Raporty te uzupełniają zeznania następujących byłych więźniów, przesłuchanych w charakterze świadków: więzień nr 102160 Ciechanowiecki Adam zeznał, że z transportu, liczącego 1.200 osób, którym w dniu 9.3.1943 przybył do Oświęcimia z Drancy pod Paryżem, przyjęto do obozu tylko 140 osób, a resztę tj. 1.060 osób skierowano wprost do komór gazowych. Świadek Szlama Dragon przybył do Oświęcimia w dniu 7.12.1942 w transporcie liczącym 2.500 osób, z którego ocalało tylko 400 osób, a mieszkaniec Wilna Jakub Gordon przyjechał w dniu 22.6.1943 w transporcie, składającym się z 3.650 osób, z którego w obozie zatrzymano tylko 345 osób. Resztę, w tej liczbie żonę Gordona, jego cztero i pół-letniego synka, 73-letniego ojca i 64letnią matkę zaraz po przybyciu do Oświęcimia zagazowano i spalono.

 

Rabowanie mienia ofiar.

 

Wszystkie rzeczy ofiar magazynowano w specjalnych barakach. W magazynach Kanady istniały osobne działy dla odzieży męskiej, kobiecej, dziecięcej oraz dla różnych innych przedmiotów użytkowych. Rzeczy kontrolowano w poszukiwaniu ukrytych w nich kosztowności przy pomocy specjalnie zbudowanej w tym celu aparatury rentgenowskiej (BW 160), a następnie sortowano celem wywiezienia do Rzeszy; były to podarki SS dla rodzin niemieckich; kosztowności zaś przekazywano do skarbu państwa niemieckiego.

 

Bielizna pościelowa (w głębi kilimy i dywany) zagazowanych ofiar

 

Członek zbrojnej załogi oświęcimskiej SS-Untersturmführer, Fritz Bergmann, opowiadał w obecności świadka Artura Mayera, że SS odebrało Żydom w Oświęcimiu kosztowności wartości około 1.000.000.000 marek niemieckich, że jednak w rzeczywistości wartość tych rzeczy była o wiele większa. Według relacji świadka powiedział wówczas Bergmann dosłownie, co następuje: „Jetzt nahmen wir dem Saujudenpack ca 1 Milliarde RM in Brillanten ab, welche ich nach Berlin brachte, aber ausserdem sorgten wir auch für uns selber“. Potwierdzeniem relacji, że SS-mani w zetknięciu się z majątkiem osób deportowanych nie zapominali o sobie, jest rozkaz dowódcy garnizonu nr 51/43 z dnia 16.11.1943, w którym powiedział on dosłownie, co następuje: „Ich habe Veranlassung, letztmalig darauf hinzuweisen, dass das Eigentum der Häftlinge, ganz gleich, um was es sich handelt (Kleidungsstücke, Gold- und Wertsachen, Esswyaren und sonstige persönliche Gegenstände), auch ganz gleich, wo es sich befindet oder gesichtet wird, unangetastet bleibt. Über die Verwendung des Eigentums der Häftlinge entscheidet der Staat und es wird somit dieses Eigentum Staatseigentum. Wer sich an Staatseigentum vergreift, stempelt sich selbst zum Verbrecher und schliesst sich von selber aus der Reihen der SS aus.“Że rozkaz ten był uzasadniony zachowaniem się i postępowaniem SS-manów, świadczy fakt, iż SS-Rottenführer Lubusch Edward polecił skonstruować więźniowi Kuli dla swego prywatnego użytku maszynkę do walcowania złota w sztaby.

 

Odzież zamordowanych dzieci

 

Rozdawnictwa rzeczy zrabowanych więźniom, a zwłaszcza rozdawnictwa ubrań i wysyłania ich w paczkach do Rzeszy, centrala berlińska zakazała, motywując zakaz tym, że paczki ulegają w drodze uszkodzeniu, wskutek czego doszło do wiadomości niewtajemniczonych, iż w paczkach tych znajdowały się ubrania przestrzelone i pokryte krwią (rozkaz Amtsgruppe D z dnia 11.7.1942).

 

Obuwie zagazowanych kobiet

 

O rozmiarach grabieży świadczy fakt, że na terenie obozu w Oświęcimiu znajdowało się 35 specjalnych składów do sortowania i pakowania ubrań oraz innych rzeczy. Niemcy przed ewakuacją spalili 29 składów wraz ze zdeponowanymi w nich rzeczami. W pozostałych sześciu składach znaleziono: 348.820 kompletów ubrań męskich, 836.255 kompletów ubrań kobiecych, 5.525 par obuwia damskiego, 38.000 par obuwia męskiego, 13.964 dywanów oraz znaczną ilość szczotek do zębów, pędzli do golenia, okularów, protez, wszelkiego rodzaju naczyń, a także ubrań dziecięcych. Ze znalezionego w aktach obozu sprawozdania SS-Oberscharführera Reihenbacha wynika, że w ciągu np. 47 dni w czasie od 1.12.1944 do 15.1.1945 wysłano z obozu oświęcimskiego do Niemiec 99.922 kompletów ubrań i bielizny dziecięcej, 192.652 kompletów ubrań i bielizny kobiecej oraz 222.269 kompletów ubrań i bielizny męskiej. Marki fabryczne, umieszczone na znalezionych w magazynach przedmiotach, świadczą wymownie o tym, że zamordowani w Oświęcimiu ich właściciele należeli do narodowości wszystkich krajów podbitych przez Niemców.

 

Walizy i kufry ofiar

 

Umieszczone obok fotografie przedstawiają fragmenty magazynów wraz ze znalezionymi w nich przedmiotami, których Niemcy nie zdążyli wywieźć z Oświęcimia do Rzeszy.

 

Naczynia kuchenne ofiar

 

Szczotki do włosów i szczoteczki do zębów ofiar

 

Grzebienie ofiar

 

Pędzle do golenia ofiar

 

Stos okularów ofiar

 

Protezy po zamordowanych kalekach

 

Więźniowie pracujący.

 

Jaki był tryb postępowania z transportami więźniów przeznaczonymi do pracy (wśród których Żydzi stanowili tylko bardzo mały odsetek)?

 

Więźniowie, którzy w odróżnieniu od Żydów nie byli od razu skazani na zagładę, ujmowani byli w obozie w ścisłą ewidencję, rejestrowani i numerowani. Od chwili przekroczenia bramy obozu i otrzymania numeru człowiek tracił swą osobowość, stawał się bezosobowym i bezwolnym numerem. Numerów takich, prowadzonych ewidencyjnie w różnych seriach, przewinęło się przez obóz ponad 400.000. Prócz serii ogólnej dla mężczyzn i kobiet istniały osobne męskie i kobiece serie A i B, seria Z dla mężczyzn i kobiet cygańskich, seria R dla rosyjskich jeńców wojennych i seria E dla więźniów, umieszczonych w obozie ze względów „wychowawczych“.

 

Więzień nosił numer przyszyty na ubraniu, a od początku roku 1942 również wytatuowany na lewym przedramieniu. Od czasu wprowadzenia tatuażu tatuowano wszystkich więźniów z wyjątkiem Reichs- i Volksdeutschów. Pełny znak rozpoznawczy więźnia składał się z numeru, wypisanego na białej tasiemce płóciennej, z kolorowego trójkąta, oznaczającego rodzaj więźnia, oraz z litery początkowej nazwy narodowości, do której więzień należał. Znak ten nosili więźniowie na lewej piersi bluzki lub kurtki oraz naszyty mieli na szwie zewnętrznym prawej nogawki spodni. W użyciu były trójkąty czerwone dla oznaczenia więźniów politycznych, czarne - dla sutenerów, prostytutek, zielone - dla przestępców zawodowych, różowe - dla homoseksualistów i fioletowe - dla badaczy Pisma św. Żydzi nosili najpierw gwiazdę Dawida, a później nad trójkątem pasek koloru żółtego. Pierwszą literę nazwy narodowości wypisywano czarnym tuszem na trójkątach.

 

Przeznaczeniem tych więźniów - numerów była niewolnicza praca aż do ostatnich resztek sił, a po ich utracie śmierć jako wybawienie. Przed wprzęgnięciem ich w jarzmo jednej z około 300 drużyn roboczych, liczących po 50-1.200 więźniów, przejść musieli wszyscy więźniowie procedurę przyjęcia do obozu. Celem jej było przerobienie wolnego człowieka na bezwolny, posłuszny numer, zabicie w nim poczucia godności własnej oraz stworzenie zeń niewolniczej siły roboczej.

 

Kwarantanna.

 

Przebieg przyjmowania do obozu opisują świadkowie w sposób następujący: rampa kolejowa w Oświęcimiu i cała droga do obozu obstawione były przez SS-manów, którzy leżeli również w rowach przydrożnych z karabinami gotowymi do strzału. Wszyscy SS-mani uzbrojeni byli ponadto w pałki i posiadali psy policyjne. Wśród ustawicznego bicia pędzono więźniów na plac apelowy, gdzie defilowali przed SS-manem stojącym na stole, bici przez SS-manów stojących dookoła. Po drugiej stronie placu apelowego ustawiano przybyłych w dziesiątki. Tam znajdowali się kapowie z pierwszej trzydziestki zawodowych zbrodniarzy, przywiezionych z Niemiec w charakterze dozorców, którzy zdejmowali więźniom obrączki, pierścienie, zabierali zegarki, zrywali z szyi łańcuszki i medaliki, bijąc przy tym niektórych więźniów aż do utraty przytomności.

 

W grupie, z którą przybył do obozu świadek Michał Kula w dniu 15.8.1940 r., znajdował się młody ksiądz z Warszawy. SS-mani i kapowie odwrócili mu kapelusz dnem do góry, założyli na szyję pętlę postronka, a drugim końcem postronka przewiązali go w pasie. Do ręki dali mu miotłę. W przebraniu tym biegać musiał ów ksiądz wokół całej grupy w czasie przepędzania jej z placu apelowego na podwórze między blokiem piętnastym a szesnastym. SS-mani i kapowie znęcali się nad nim w bezlitosny sposób i bili pałkami tak długo aż upadł, straciwszy przytomność.

 

Na podwórzu między blokami 15. a 16. więźniowie musieli się rozebrać do naga, oddać swoje ubrania, po czym zostali ostrzyżeni i otrzymali numery. Następnie przepędzano całą grupę wśród bezustannego bicia do łaźni. O kąpieli nie było mowy, w łaźni tej można się było tylko ochlapać zimną wodą. W tym samym budynku odbywało się również badanie lekarskie, polecające na tym, że lekarz pytał więźnia, czy jest zdrów, i bez względu na treść odpowiedzi kazał mu iść dalej. Z łaźni przepędzano więźniów na dalsze podwórze, na którym leżały dwa duże stosy ubrań więziennych, drelichowych, w pasy. Ubrania te więźniowie musieli włożyć na siebie w biegu, po czym ustawić się musieli na placu apelowym. Przy tego rodzaju umundurowaniach otrzymywał duży mężczyzna niejednokrotnie bluzkę, która sięgała mu do połowy piersi, a mały więzień ubranie, które było dla niego o wiele za duże. To samo odnosi się do obuwia. Po takim przemundurowaniu przybyli w jednej grupie więźniowie nie mogli się nieraz wzajemnie rozpoznać.

 

Szczęśliwi byli ci więźniowie, których procedurę przyjęcia załatwiono w ciągu jednego dnia, gdyż mieli szanse, że noc spędzą pod dachem. Jeżeli jednak transport przybył do Oświęcimia w godzinach popołudniowych, musieli oni niekiedy po odebraniu im wszystkich rzeczy spędzać całą noc nago pod gołym niebem, i to bez względu na porę roku i pogodę, wskutek czego np. z transportu więźnia Wolkena 42 więźniów nie dożyło rana. Inni spędzali noc rozebrani do naga w łaźni, gdzie przy kilkunastostopniowym mrozie oblewano ich co pewien czas lodowatą wodą.

 

Późnym wieczorem dnia 5.12.1943 roku przybył do Oświęcimia transport, obejmujący 1.200 więźniów z Flossenburga. 80 najsłabszych spośród nich pozostawił kierownik obozu pod gołym niebem, gdzie leżeli w śniegu. Na rozkaz komendanta polewano ich wodą, by przyspieszyć proces zamarzania. Część spośród tych ofiar przenieśli więźniowie na bloki, reszta w liczbie 33 zmarła do rana. Przeżył tę noc tylko jeden człowiek, który leżał pod zwłokami trzech innych, lecz i ten umarł następnego dnia rano (świadek Wolken).

 

Przez cały czas trwania procedury przyjęcia nie było mowy ani o jedzeniu, ani o piciu. W lecie więźniowie ginęli z pragnienia.

 

Po załatwieniu formalności ewidencyjnych i tatuażu przepędzano więźniów do obozu kwarantanny, gdzie niektóre ofiary pozostawały przez 8 tygodni. Był to okres próby wytrzymałości fizycznej przyszłego niewolnika, zorganizowany w taki sposób, że tylko najzdrowsi mogli przetrzymać tę próbę. Z danych statystycznych, dotyczących kwarantanny w Brzezince (b II-a), mieszczącej przeciętnie 4.000-6.000 więźniów, wynika, że w czasie od września 1943 do listopada 1944 zachorowało tam 4.023 więźniów tak ciężko, że musieli iść do szpitala, zmarło 1.902 więźniów, a wyselekcjonowano i zagazowano, jako nie nadających się do przyszłej pracy - 3.233 więźniów. Liczba chorych nie obejmuje więźniów leczonych ambulatoryjnie, mimo iż byli to w wielu wypadkach ludzie bardzo poważnie chorzy, którzy nie mieli jednak odwagi zgłosić się do szpitala z powodu obawy selekcji. Liczba ich wynosiła przeciętnie 500 osób dziennie.

 

Liczby te stają się zrozumiałe dopiero na tle warunków bytowania w kwarantannie. W barakach przeznaczonych na pomieszczenie 52 koni, stłaczano tak wiele setek osób, a nierzadko ponad 1.000 ludzi, którzy gnieździć się musieli na piętrowych pryczach bez sienników i bez koców, na gołych deskach. Gdy brakło miejsca w barakach, spędzali noc pod gołym niebem. W ciągu dnia dręczono ich morderczymi pracami przy kopaniu rowów i osuszaniu błot na terenie kwarantanny lub bezczynnym staniem boso od godz. 4.30 rano do późnego wieczora bez względu na porę roku i pogodę na placu apelowym oraz - i to było może najgorsze - „sportem“ i „gimnastyką“.

 

Uczono w tym czasie więźniów ustawiać się w piątki, równać, zdejmować czapki i maszerować. Pojmowali to szybko, bo uczono ich drągiem. W czasie godzin „sportu“ więźniowie, będąc otoczeni przez SS-manów i kapów, bici przez nich, musieli w pozycji przykucniętej skakać, tańczyć z podniesionymi do góry rękami, biegać w kółko boso po żwirowanym placu apelowym. Wielu opadało z sił i padało już w pierwszych godzinach takiej „gimnastyki“. Tych kapowie odciągali na bok, gdzie starszy obozu Leo nieraz dobijał, wpychając im drąg do ust. Ociągających się w biegach często wyłapywał SS-man, odprowadzał za budynek bloku ósmego i tam zabijał. Najdrobniejsze usiłowania wyprostowania ciała przy ćwiczeniu „żabki“ pociągało za sobą kopanie i bicie. Polecano więźniom tarzać się w bieliźnie po ziemi, a następnie żądano od nich, aby po pół godzinie mieli bieliznę czystą i wypraną, aczkolwiek nie dawano im wody ani mydła.

 

O godzinie 12 ustawiano więźniów do apelu, który trwał 45 minut. Po upływie dalszych 15 minut, pozostawionych więźniom na spożycie zupy, ustawiali ich SS-mani i starszyzna obozowa na placu apelowym i uczyli śpiewać banalne niemieckie piosenki, jak „O du mein Bubikopf“ lub „Im Lager Auschwitz war ich zwar so manchen Monat, so manches Jahr“. Spędzano wszystkich Żydów i kazano im śpiewać niemiecką piosenkę drwiącą z Żydów („O du mein Jerusalem“). Chórem takim dyrygować musiał często ksiądz katolicki. Nie znający niemieckiego języka więźniowie nie mogli pojąć i zapamiętać tekstu tych pieśni, wobec czego niezadowoleni ze śpiewu kapowie bili i kazali im śpiewać w przysiadzie lub w pozycji leżącej z twarzą zwróconą do ziemi. Leżących w tej pozycji więźniów bili i deptali po nich nogami. Śpiew trwał do godz. 15, a następnie do godz. 18:30 więźniów znów gimnastykowano, po czym trzymano ich około 2 godzin na apelu wieczornym. Niektóre grupy więźniów stały od godz. 9 wieczorem do południa dnia następnego w pozycji na baczność z ramionami ułożonymi z tyłu na karku. Podczas nocy oświetlano ich reflektorami. SS-owcy skrupulatnie pilnowali, aby żaden więzień nie opuścił rąk, a gdy słabnącym to się zdarzało, bito ich i katowano bez litości. W rezultacie z pewnej grupy, liczącej na początku 265 więźniów, zaledwie około 60 wytrzymało te katusze. Ludzie padali z omdlenia, a wtedy polewano ich wodą i bito.

 

Innych wyprowadzano na plac apelowy, gdzie ćwiczyli pod komendą Unterscharführera: „padnij, powstań, czołgaj się, roluj“, wykonywali przysiady powolne na cztery tempa. Jeśli się ktoś podnosił z kałuży, w której musiał rolować, to Unterscharführer podchodził do niego i przygniatał go obcasami do ziemi. Ofiarą takiego „sportu“ padł między innymi sześćdziesięcioletni lekarz dr Kruczek.

 

Innym razem polecono 50 więźniom wspinać się na cienkie drzewko. Według rozkazu wszyscy oni znaleźć się mieli jednocześnie na tym drzewku, co było oczywiście fizyczną niemożliwością, gdyż drzewko złamało się od razu, gdy znalazło się na nim kilku pierwszych więźniów. Przy tej „gimnastyce“ bito więźniów najpierw za to, że jeszcze nie są na drzewie, a następnie za to, że je złamali.

 

W czasie sportu ginęło bardzo wielu więźniów. Reszta była pokaleczona i miała opuchnięte nogi od ciągłego biegania boso po żwirze, drutach kolczastych i gwoździach.

 

Chorym i okaleczonym wolno było zwracać się do lekarza, który w wielu wypadkach wydawał im kartkę, że są zdolni do pracy siedzącej. Takich zatrudniano przy oczyszczaniu starych cegieł z zaprawy murarskiej. Robota siedząca odbywała się w ten sposób, że więźniów usadzano na drewnianym paliku, wkopanym w ziemię i zwróconym zaostrzonym końcem ku górze. Więzień siedział na szpicu końca. Kapowie i SS-mani pilnowali skrupulatnie, by więzień pracował w pozycji siedzącej przez cały dzień. Jeżeli któryś podnosił się lub padał, bito go do utraty przytomności i tak pobitego pozostawiano bez pomocy.

 

Po powrocie na blok wolno było z niego wyjść do ustępu dopiero po wydaniu porcji żywnościowych. W ustępach tłoczyło się tysiące ludzi; i tam również bito więźniów. W tych warunkach obóz kwarantanny był jednym pasmem udręki. Ludzie nie wiedzieli co robić i gdzie się schować gdyż wszędzie katowano, wszyscy marzyli o tym, by przeniesiono ich z kwarantanny na obóz pracy w nadziei, że tam jakoś prędzej będzie można wytrzymać.

 

Praca.

 

Nie wiedzieli jednak, że czeka ich tam taka sama poniewierka.

 

Dla eksploatacji pracy więźniów obozu oświęcimskiego istniał w jego zarządzie specjalny oddział (Arbeitseinsatz), który rozdzielał ich na poszczególne drużyny robocze oraz przeznaczał do pracy w zakładach przemysłowych i w kopalniach rozrzuconych po terenie całego Śląska. W bezpośrednim sąsiedztwie Oświęcimia wybudowali Niemcy dużą fabrykę chemiczną w Monowicach (Buna) oraz zakłady Kruppa „Union“. Na robotach tych doprowadzano ludzi do krańcowego wyczerpania pracami budowlanymi, przy osuszaniu bagien i błot, w sztolniach kopalni i przy budowie dróg. Niektóre drużyny przejść musiały do miejsca pracy 7-8 km drogi. SS-mani ustawiali więźniów w kolumny i otoczywszy uzbrojonym konwojem z kijami, psami i dozorcami - pędzili ich do roboty. W czasie pracy, która odbywała się w najgłębszym milczeniu i z reguły biegiem, bito więźniów pod najbłahszymi pozorami. Jednego za to, że wyprostował plecy, innego - że za mało ziemi wziął na łopatę, wreszcie innego - że cierpiąc na biegunkę, odszedł na bok, by załatwić potrzebę fizjologiczną.

 

Próbę odpoczynku w czasie pracy, względnie wypadek przy pracy, wskutek którego obóz poniósł szkodę materialną, traktowano i karano jako sabotaż.

 

Tych, którzy padali ze znużenia, na miejscu rozstrzeliwano. Miejsce pracy było jednocześnie miejscem masowych mordów.

 

Dzień więźnia zaczynał się pobudką o godz. 4:30, a kończył się w zależności od odległości miejsca pracy - nieraz późnym wieczorem. Drużyny robocze wychodziły do pracy przy dźwiękach stojącej w bramie orkiestry obozowej, w której grali więźniowie. Wieczorem więźniowie wracali ze wszystkich stron oświęcimskiego obozu pokrwawieni, zmęczeni, niosąc na noszach, na plecach lub ciągnąc na wózkach trupy swych towarzyszy. I tej procesji cieni i trupów przygrywała także orkiestra obozowa. Zwłoki pomordowanych towarzyszy pracy układano również do apelu celem odliczenia, gdyż liczba więźniów musiała się zawsze zgadzać. Fakt zaś, czy byli oni żywi, czy martwi, był dla rachunku obojętny.

 

Niektóre zarządzenia komendy obozu były wyraźną zachętą do mordowania więźniów. Odnosi się to w pierwszym rzędzie do wypłaty premii za zastrzelenie więźniów, którzy oddalali się z miejsca pracy. SS-mani bowiem polecali więźniom biec przed siebie i strzelali do nich jako do uciekających. Zastrzelenie takie załatwiał krótki meldunek SS-mana „zastrzelony w czasie ucieczki“ („auf der Flucht erschossen“), po czym następowało inkaso premii za uniemożliwienie ucieczki więźnia. Z rozkazów 33/43, 88/43 i szeregu innych wynika, że za wyczyny takie otrzymywali SS-mani również po kilka dni urlopu.

 

Do najcięższych prac przeznaczano Żydów i księży. Do rozbudowy obozu macierzystego sprowadzono olbrzymi walec, który posiadał 2 dyszle z jednej i drugiej strony. W dyszle te wprzęgano Żydów i księży, którzy ciągnęli walec cały dzień biegiem w takt uderzeń kija. Poganiaczem był więzień niemiecki Krankemann. Kto padał ze zmęczenia lub wyczerpania, ginął pod ciosami pałki tego kata. Wymordował on w ten sposób prawie wszystkich księży oraz bardzo wielu Żydów. Inni więźniowie ciągnęli wozy naładowane kamieniami lub ziemią, a jeszcze inni przenosić musieli olbrzymie ciężary, przekraczające ich siły. W magazynach materiałów budowlanych wyładować musiało dziesięciu więźniów z wagonów 480 worków cementu w ciągu 2 godzin. Na więźnia przypadało więc 48 pięćdziesięciokilogramowych worków cementu. Ponieważ plac składowy oddalony był od toru o 150 m, odbyć oni musieli w ciągu 2 godzin drogę 15 km, w tym 7 i pół km z pięćdziesięciokilogramowym obciążeniem.

 

W tych samych warunkach odbywało się wyładowywanie ziemniaków z pociągu. Przy wagonach napełniano ziemniakami nosze pojemności około 150 kg, które dwaj więźniowie biegiem musieli zanosić do kopców. Droga ich otoczona była szpalerem kapów i dozorców, którzy drągami poganiali więźniów do pośpiechu. Praca odbywała się w biegu. Po kilku godzinach takiej pracy nosze wypadały z rąk więźniów, a starsi więźniowie padali ze zmęczenia. Takich osłabionych uważano za sabotażystów i zachęcano ich do dalszej pracy ciosami, pod którymi ginęli. Zwłoki wyrzucano do pobliskiego dołu, skąd zabierał je przed ukończeniem pracy specjalny „Fleischwagen“, czyli auto do zbierania trupów z miejsca pracy.

 

Znudzeni SS-mani bili pracujących więźniów dla rozweselenia się i ku uciesze towarzyszących im nieraz kobiet w mundurach SS. Świadek Wolman opowiedział następującą scenę: grupa SS-manów podeszła w towarzystwie psów i kobiet niemieckich do drużyny więźniów, kopiących w pobliżu krematoriów głęboki dół do spalania zwłok. SS-mani polecili naładować 60 taczek ziemią i taczki te pchać po wysokim nasypie ziemnym nad brzegiem dołu. Za biegnącymi puścili psy. Zdenerwowani i wyczerpani fizycznie więźniowie wpadali z taczkami do dołu, przy czym część z nich pozabijała się. Do pozostałej przy życiu reszty więźniów SS-mani strzelali. Widowisko takie powtórzyli SS-mani tego samego dnia po południu. Kobiety towarzyszące im były bardzo ubawione tą sceną.

 

Przy kopaniu dołów pod fundamenty bloku 15 w obozie macierzystym rozegrała się następująca scena: więzień niemiecki Reinhold, kapo zatrudnionej przy tej robocie drużyny, wrzucił starego Żyda do dołu zalanego głęboką wodą. Działo się to na oczach syna owego Żyda, który pracował w tej samej drużynie. Gdy ojciec podniósł się z wody i starał się z dołu wydostać, Reinhold i SS-mani polecili synowi zejść na dół i utopić ojca. Syn musiał wykonać ten rozkaz, zszedł do dołu, chwycił ojca za kark, zanurzył jego głowę w wodzie i trzymał pod wodą tak długo, aż ojciec nie dawał żadnego znaku życia. SS-mani nakazali wyjść synowi na brzeg dołu, gdzie Reinhold i drugi więzień Niemiec złapali go za ręce i nogi, rozhuśtali i wrzucili do dołu, gdzie inni Żydzi, pracujący w wodzie przy wydobywaniu żwiru, musieli go na rozkaz utopić.

 

VI. Kary

 

Oprócz bicia przez SS-manów i dozorców na miejscu pracy stosowano względem mężczyzn i kobiet następujące kary, mające na celu utrzymanie dyscypliny pracy więźniów: chłostę, gimnastykę karną (Strafexerzieren), pracę pod nadzorem w niedzielę i święta, umieszczenie w kompanii karnej, stójkę, klęczenie z rękami podniesionym i do góry, w których karany trzymał kamienie, wreszcie osadzenie w bunkrze (Stehzelle).

 

Podstawą wymierzania kary był meldunek SS-mana, dozorcy na miejscu pracy, lub blokowego. Karę orzekał komendant obozu w formie pisemnego zarządzenia, w którym powoływał się na władzę dyscyplinarną, przyznaną mu przez regulamin porządkowy dla obozów koncentracyjnych, oraz na zbadanie danego przypadku. W drukowanym formularzu takiego zarządzenia przewidziane są następujące kary porządkowe: ostrzeżenie z zagrożeniem ukarania, praca pod nadzorem SS-mana w czasie wolnym od normalnych zajęć, zakaz pisania przez więźnia i otrzymywania przez niego listów, pozbawienie więźnia obiadu przy pełnym zatrudnieniu go, wcielenie do kompanii karnej i twarde łoże w celi po pracy dziennej.

 

 

Meldunek o wymierzeniu choremu więźniowi kary trzech nocy w celi w pozycji stojącej za załatwienie potrzeby fizjologicznej podczas pracy.

 

Karą pozbawienia wolności była kara aresztu trzech stopni. W czasie trwania tej kary otrzymywać miał więzień, według treści formularza, chleb i wodę codziennie, a co czwarty dzień - pełne wyżywienie. Areszt trzeciego stopnia odcierpieć miał więzień w ciemnej celi, urządzonej tak, że nie mógł on ani leżeć, ani siedzieć. Kara aresztu trzeciego stopnia zwana była w języku obozowym „bunkrem“. Wykonywano ją w małych, ciemnych celach cementowych, w których stłaczano więźniów w taki sposób, iż nie mogli się poruszać i musieli cały czas stać. W Brzezince wchodziło się do tych cel przez mały otwór, jak do psiej budy. W praktyce kara ta wykonywana była we wszystkich wypadkach, w których komendant orzekał karę porządkową twardego łoża. Oficjalnie nazywano tę karę „Stehzelle“, a w praktyce zaostrzano ją zazwyczaj wyrafinowanymi torturami, jak wlewaniem wody do uszu, biciem w pięty, wyrywaniem paznokci lub głodzeniem przez kilka dni, po upływie których podawano więźniów i sałatkę jarzynową, specjalnie zaprawioną solą dla wywołania u niego wielkiego pragnienia.

 

Ze szczególnym sadyzmem urządzony był bunkier głodowy, zastosowany przez Lagerführera Fritscha, w którym umieszczano więźniów ujętych w czasie ucieczki. W celi tej zdarzały się wypadki ludożerstwa. Jeden z więźniów, uprzątający ją, opowiedział następującą scenę: "Gdy otworzono drzwi, buchnął straszliwy odór trupiej woni. Po oswojeniu się z mrokiem, panującym w celi, ujrzałem w kącie trupa-więźnia, z wyszarpanymi trzewiami, a obok w półleżącej pozycji - drugiego zmarłego, również więźnia. Trzymał on w ręku wydartą z wnętrzności zmarłego towarzysza wątrobę. Śmierć zaskoczyła go w momencie pożerania wątroby".

 

Kara 6 tygodni celi w pozycji stojącej za rozbicie rury cementowej podczas pracy

 

Według treści przepisów, zawartych w formularzu zarządzenia o wymiarze kary, przed wymierzeniem kary chłosty (Körperliche Züchtigung) należało poddać więźnia badaniu lekarskiemu, a karę wymierzyć skórzanym biczem w odliczanych szybko po sobie następujących uderzeniach. Bić powinno się było tylko w pośladki, których nie wolno było odkrywać. W dalszej treści formularza znajduje się drukowane orzeczenie lekarskie, stwierdzające, że więzień był poddany badaniu lekarskiemu przed wymierzeniem kary chłosty i że z punktu widzenia lekarskiego nie zachodzą żadne przeszkody do wymierzenia tej kary, następnie — zatwierdzenie wymiaru kary przez szefa grupy urzędowej D w Berlinie, protokół wykonania kary z podaniem nazwisk więźniów, którzy chłostali skazanego, oraz 4 podpisy oficerów SS (komendant i trzej funkcyjni). Karę chłosty wymierzano publicznie w czasie apelu wieczornego na specjalnie w tym celu skonstruowanym stole.

 

Wbrew jednak wymienionym przepisom bito grubym drągiem w obnażone pośladki, które z reguły przecinano aż do krwi. Zazwyczaj kończyło się to flegmoną pośladków, na których tworzyły się ubytki wielkości niemal pięści. W razie zemdlenia cucono omdlałego i karę wykonywano dalej. Wymiar kary wynosił najmniej 10 uderzeń. Była to kara oficjalna. Nieoficjalnie blokowi chłostali więźniów za najdrobniejsze przewinienia w ten sposób, że polecali zazwyczaj więźniom włożyć głowę w otwór pieca, a następnie bili drągiem w pośladki.

 

Kara stójki polegała na staniu w pozycji na baczność przy kancelarii obozowej obok bramy wyjściowej z obozu. Kara ta, stosowana w obozie żeńskim, trwała od 3 godzin do całego dnia, a nawet kilku dni bezpośrednio po sobie następujących. W czasie jej trwania więźniarka nie otrzymywała jedzenia. Przy karze zaś klęczenia, jeśli więźniarka odbywająca tę karę opuściła wyciągnięte przed siebie i obciążone kamieniami ręce, bito ją aż do utraty przytomności. Czas trwania kary klęczenia zależny był od humoru władzy, a trwał od dwóch do kilku godzin.

 

Więzień w stroju obozowym

 

Więźniowie wcieleni do karnej kompanii pracowali zawsze pod gołym niebem, stale na najcięższych odcinkach pracy, gdzie praca odbywała się w wodzie po pas, a mieszkali w izolowanym bloku 11, pod koniec zaś istnienia obozu - w bloku 11 odcinka B II d w Brzezince. Pracowali oni zimą i latem bez skarpetek, w drewniakach holenderskich na nogach, odziani tylko w drelichy. Jedzenie otrzymywali lub nie - w zależności od fantazji blokowego. Noce spędzali najczęściej bezsennie z powodu ciągłych krzyków i bicia. Leżeli bez sienników na gołej posadzce, a łachmany swoje składać musieli w kostkę na korytarzu. Bloku nie ogrzewano. Nic więc dziwnego, że ludzie w tych warunkach masowo chorowali. Do roku 1943 nie wolno było jednak przyjmować do szpitala chorych z kompanii karnej, toteż ciężko chorzy, pozbawieni opieki lekarskiej, skazani byli w bloku jedenastym na śmierć.

 

Znaczny odsetek ginął z rąk Krankemanna, blokowego na bloku jedenastym. Ustawiał on więźniów przy kancie muru, uderzał ręką w szczękę, na skutek czego szczęka pękała, a druga strona głowy, uderzając o kant muru, ulegała rozbiciu.

 

W zimie 1942/43 grasował w bloku jedenastym i w karnej kompanii Żyd-olbrzym, przeznaczony specjalnie do zabijania ludzi; nie pracował, był dobrze odżywiany, stał na miejscu pracy oparty o długi, gruby drąg i krzyczał bez przerwy „Bewegung“. Gdy któryś z więźniów nie podobał mu się, przywoływał go do siebie i uderzając drągiem w kark, zabijał. Drugim sposobem zabijania było duszenie. Więzień zapiąć musiał bluzę na guzik i haftkę pod szyją, a wówczas kat ten chwytał jedną ręką za kołnierz bluzki od tyłu, a drugą przyciskał głowę więźnia ku dołowi, tak że kołnierz i haftka, uciskając krtań, powodowały uduszenie. W reszcie układał on więźniów na ziemi, zwróconych twarzą do góry, podsypywał pod kark ziemię lub też podkładał cegłę, a następnie kładł na gardło drąg i stawał na obu jego końcach nogami. Stał tak długo, dopóki ofiara nie wyzionęła ducha.

 

Kary wymierzano za najbłahsze przekroczenia regulaminu obozowego, jak za niewłaściwe pościelenie łóżka, za znalezienie u więźnia kartofli, które chciał ugotować na bloku lub na miejscu pracy, za posiadanie fotografii rodzinnych lub listów, a zwłaszcza za pisanie i posiadanie listów od innych więźniów z terenu obozu.

 

VII. Warunki mieszkaniowe

 

Gdyby nawet w obozie oświęcimskim nie torturowano więźniów fizycznie i moralnie, gdyby nie znęcano się nad nimi i nie zabijano ich masowo, to już same warunki mieszkaniowe i sanitarne oraz racje żywnościowe, jakie otrzymywali, musiałyby powodować wielką ich śmiertelność.

 

Planowość i celowość, jakie przyświecać musiały zarówno urządzeniu baraków mieszkalnych, jak i wyznaczeniu głodowych racji żywnościowych, są uderzające.

 

Więźniowie mieszkali w barakach bez okien, używanych przez wojsko niemieckie jako stajnie dla koni (oficjalnie oznaczane: Pferdestallbaracken Typ 260/9), o wymiarach 40,76 X 9,56 X 2,65 m, zbudowanych na palach, o ścianach z cienkich desek, krytych deskami, powleczonymi cienką, wiecznie przeciekającą papą. Jedynym wyposażeniem tych baraków były trzypiętrowe koje szerokości 1,80 m, w których w barłogach, a często i na gołych deskach, gnieździli się w nocy stłoczeni więźniowie, poza tym stał prymitywny piec, którego ciągi biegły przez całą długość baraku i ogrzewać miały gazami spalinowymi jego wnętrze (piece te nazywano oficjalnie „Russenofen“). Na każdym legowisku, składającym się z dwóch sienników, spało od 6 do 10 więźniów! Barak taki obliczony był na pomieszczenie w nim 300 więźniów. Z pisma jednak zarządcy magazynu odzieżowego wynika, iż mieszkało w nim niejednokrotnie w rzeczywistości 1000-1200 więźniów, tak że po odliczeniu przestrzeni pokoi starszego blokowego i kapo oraz magazynu żywnościowego przypadało na jednego więźnia około 0,28 m² powierzchni i około 0,75 m³ powietrza.

 

Wnętrze baraku mieszkalnego typu 260/9 (Pferdestallbaracke)

 

Znamienną jest rzeczą, że kierownictwo obozu uznało barak taki za nieodpowiedni do pomieszczenia w nim krów obozowych i przy przeróbce baraku typu 260/9 na stajnię dla krów wyposażyło go w urządzenie wentylacyjne i cementową posadzkę (plan nr 1433 z dnia 3.7.1942). Tę samą dbałość o higienę zwierząt - przy jednoczesnym zlekceważeniu najelementarniejszych potrzeb człowieka - wykazał zarząd przy budowie psiarni. Na rozkaz Berlina z dnia 16.10.1942 wybudowano w Brzezince kosztem 81.000 RM luksusowo urządzoną psiarnię, obliczoną na pomieszczenie 250 psów policyjnych. Z aktów budowy tego obiektu (BW 77) wynika, że przy planowaniu psiarni zasięgano opinii fachowej weterynarza obozowego i robiono wszystko, by odpowiadała ona pod każdym względem nowoczesnym wymogom sanitarnym. Pamiętano o odpowiedniej przestrzeni zieleńców, wybudowano specjalnie urządzony szpital dla psów i urządzono dla nich specjalną kuchnię. W związku z przewlekaniem się sprawy naprawy dachu psich bud, komendant psiego oddziału zagroził rezygnacją, motywując ją tym, że nie może ponosić odpowiedzialności za choroby, na które narażone są psy z powodu przeciekania dachów. Porównując warunki sanitarne panujące w barakach dla więźniów z warunkami psich bud stwierdzić należy, że psy w Oświęcimiu przebywały w stokroć lepszych pomieszczeniach.

 

Wszystkie baraki więzienne zbudowane były na bagnistym, nieskanalizowanym terenie błotnistej Brzezinki. Ponieważ prawie przez cały czas istnienia obozu były one pozbawione prawidłowej instalacji wodnej i kanalizacyjnej, nie były zaopatrzone w żadne urządzenia wentylacyjne, posiadały glinianą podłogę, z której w okresie suchym wznosiły się tumany kurzu, a w porach deszczowych stanowiły z powodu przeciekania dachu jedno wielkie bajoro. Baraki więc stały się wylęgarnią pcheł, wszy i szczurów, będących jedną z najdotkliwszych plag dla więźniów i roznosicielami chorób zakaźnych. Gwałtowne epidemie duru plamistego, dziesiątkującego więźniów, zwłaszcza w okresach zimowych, są potwierdzeniem nieludzkich warunków higienicznych i sanitarnych w obozie, stanowiąc nieodzowny skutek braku wody, niemożności mycia się i zmieniania bielizny oraz niewiarygodnego wprost przepełnienia baraków.

 

Przesłuchani w charakterze świadków więźniowie stwierdzili zgodnie, że nie otrzymywali wody ani do mycia, ani do picia, a myli się w płynach, imitujących namiastkę kawy, które wydawano im jako pożywienie, lub w kałużach podeszczowych i rowach, w których załatwiano również wszystkie potrzeby fizjologiczne. Z pisma kierownika zarządu budowlanego Bischoffa z dnia 16.12.1942 r. (Erläuterungen zur Ausführung der Wasserversorgung) wynika, że zarząd obozu wiedział, iż właśnie te złe warunki sanitarne, przede wszystkim zaś brak wody, są przyczyną chorób zakaźnych, niszczących więźniów, i że mimo to nic nie uczynił, by pladze tej zapobiec.

 

ŹRÓDŁO: Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce; Poznań 1946 r.; str. 79 - 100


Copyright © 2010 Świętokrzyskie Sztetl. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Realizacja: InicjatywaLokalna.pl & Maximum Interactive
Wizyt:

… dla rozwoju Województwa Świętokrzyskiego…