Auschwitz-Birkenau cz.3
VIII. Racje żywnościowe
Rozpatrując kwestię racji żywnościowych należy zdawać sobie dokładnie sprawę z różnic zachodzących pomiędzy oficjalnymi racjami, przewidzianymi w jadłospisie, porcjami wydawanymi w magazynie kuchennym, a tymi racjami, które docierały do więźnia w baraku.
Porcja dzienna chleba wynosiła 350 g, ale w rzeczywistości więzień otrzymywał z reguły najwyżej 300 g, gdyż blokowi przy krajaniu chlebów kradli zawsze z każdego bochenka co najmniej około 50 g.
Zaznaczyć należy, że chleb wydawany był wieczorem i wygłodzony więzień zjadał całe 300 g od razu, tak że na śniadanie nie miał już chleba. Podkreślić należy, że w 1942 i 1943 roku na odcinku męskim w Birkenau w ciągu długich miesięcy dzielono 1400 gramowy bochenek chleba nie na 4 części, lecz na 6, a nieraz i na 8 części!
Na śniadanie otrzymywał pół litra czarnej kawy lub herbaty z ziół; na 300-litrowy kocioł kawy przewidziane było 3 kg cukru, a więc 5 g na półlitrową porcję, ale w praktyce kawę słodzono rzadko i w taki sposób, iż na porcję tylko wyjątkowo przypadało 5 g cukru.
Na obiad wydawano dwa rodzaje zup: - cztery razy na tydzień były zupy „z mięsem“, trzy razy tygodniowo bez mięsa.
Porcja zupy z mięsem powinna była zawierać: kartofli 150 g, brukwi (kapusty, jarmużu, buraków) 150 g, mąki lub Avo 20 g, soli 5 g i mięsa z kośćmi 20 g.
W rzeczywistości porcja ta już w magazynie kuchennym kurczyła się do następujących rozmiarów: kartofli i brukwi wskutek konieczności wyrzucenia dużej ilości zgniłych jarzyn było zaledwie po 50 g na porcję, a mięsa z kośćmi, wobec systematycznego zabierania mięsa z magazynu dla więźniów do kuchni dla SS-manów, zamiast 20 g pozostawało na porcję dla więźnia tylko 10 g (z kośćmi!).
Porcja drugiego rodzaju zup powinna była zawierać: kartofli 500 g lub brukwi 500 g, względnie po 250 g kartofli i brukwi, kaszy, (pęczaku, żyta, jaglanej, grysiku, makaronu) 40-50 mąki lub Avo 10 g, soli 5 g, margaryny 20-40 g (40 g dwa razy tygodniowo w dniach tzw. dodatków dla ciężko pracujących).
W rzeczywistości i ta zupa już w magazynie kuchennym pozbawiana była zawsze wielu istotnych składników. Na porcję wypadało kartofli względnie buraków zamiast 500 g tylko 100 do 150 g (tyle było zawsze zgniłych kartofli i buraków), a margaryna, podobnie jak mięso, w połowie znikała z magazynu kuchennego więźniów do kuchni dla SS-manów, i w rezultacie zamiast 20-40 g na porcję zupy dla więźnia wypadało tylko 10-20 g margaryny.
Dwa razy na tydzień wielki pięciotonowy samochód wywoził z magazynu żywnościowego, przeznaczonego dla więźniów, wtorki cukru, kaszy, kiełbasy, mąki itp. produktów do kuchni SS-manów. Akcją tą kierował Hauptscharführer Werner Hendler (w kuchni kobiecej Annie Franz), w kuchni zaś dla SS-manów produkty przyjmował Unterscharführer Paschke.
Więzień powinien był otrzymywać litr zupy, ale porcja zupy faktycznie wynosiła z reguły 3/4 litra. Już w kuchni kocioł 300-litrowy nie był wypełniany po brzegi (ze względów czysto technicznych, trudności przy mieszaniu) i mieścił zazwyczaj tylko 260-270 litrów płynu. Następnie część ugotowanej zupy marnowała się przy transportach z kuchni do miejsca pracy względnie baraków (brak szczelnie zamkniętych naczyń powodował wylewanie się zupy). Wreszcie przy rozdawaniu zupy kapo lub blokowy wydawał zupę nierównomiernie, zatrzymując pewną ilość porcji dla więźniów Niemców i swoich pomocników spośród więźniów jako porcje dodatkowe. W ten sposób zamiast litra zupy więzień otrzymywał na obiad zazwyczaj najwyżej 3/4 litra.
Zaznaczyć należy, że w latach 1940, 1941 i do połowy 1942 roku - na wyraźny rozkaz komendy obozu - zupę, wydawaną na bloki w południe, rozlewano do menażek zaraz po dostarczeniu, i więźniowie po powrocie z pracy po 6. wieczorem musieli jeść zupę zupełnie zimną. Był to okres ciężkich chorób przewodu pokarmowego, biegunek, tyfusu, do czego niewątpliwie w dużym stopniu przyczyniło się właśnie spożywanie przez więźniów zimnej zupy. Więzień od rana pozbawiony był zupełnie ciepłego pokarmu!
Jeśli rozpatrywać będziemy porcje kolacyjne, to konieczne jest dokładne rozróżnienie oficjalnego jadłospisu, porcji wydawanych w magazynie kuchennym i porcji, które otrzymywał więzień w baraku. Poniższe zestawienie uwidocznia różnice, zachodzące między tymi trzema pozycjami na niekorzyść więźnia.

Porcje posiłkowe
Okazuje się, że podobnie jak z porcji mięsa i margaryny, przeznaczonych na obiad, pokaźne ilości tych artykułów wędrowały stale do kuchni dla SS-manów, tak samo z porcji kiełbasy i margaryny kolacyjnych od razu w magazynie kuchennym część tych produktów przeznaczana była na dożywianie SS-manów. Co najmniej 10 g na każdej porcji kiełbasy i margaryny wynosiło pokrzywdzenie więźnia już przy wydawaniu racji w magazynie kuchennym. Końcowy etap - rozdawanie porcji w baraku - łączył się nieuchronnie z nowym uszczerbkiem głodowej dawki: tutaj blokowi ze swej strony stale zmniejszali porcje więźniom, kradnąc kiełbasę i margarynę dla siebie i najbliższych kolegów. W rezultacie więzień otrzymywał zamiast 40 g najwyżej tylko 15-20 g kiełbasy, a zamiast 40 g margaryny tylko 25-30 g.
Podkreślić należy, że działo się to za zgodą władz obozowych, że każda próba skargi kończyła się tragicznie dla pokrzywdzonego więźnia i że praktyka tego rodzaju była zjawiskiem ciągłym podczas całego okresu trwania obozu.
Tak wyglądały racje kolacyjne, do których dodawano pół litra czarnej kawy. Od 1942 roku zamiast kawy więźniowie otrzymywać mieli dwa razy w tygodniu na kolację pół litra Mehlsuppe (na porcję wypadało 20 gr mąki lub kaszy i 5 g soli). Zupę tę wydawano więźniom rano.
We wtorki i piątki przewidziane były dodatki dla ciężko pracujących, tzw. Schwerarbeiterzulage, dla więźniów zatrudnionych przy robotach polnych, w lesie, przy pracach krematoryjnych itp. Porcje dodatkowe powinny były wynosić 700 g chleba i 100 g kiełbasy. W rzeczywistości więzień otrzymywał tylko 70 g kiełbasy (i 700 g chleba).
We czwartek więźniowie, pracujący wewnątrz obozu w magazynach odzieżowych, pralni, warsztatach szewskich, krawieckich itp., powinni byli dodatkowo otrzymywać 460 g chleba i 50 g kiełbasy. Otrzymywali jednak kiełbasy mniej, co najmniej o 10 gramów.
Dokładne obliczenie wartości odżywczej pokarmów, spożywanych przez więźniów w Oświęcimiu, wartości energetycznych (kalorycznych) pożywienia natrafia na trudności z uwagi na to, że śledztwo nie rozporządzało próbkami chleba, kiełbas, margaryny i innych produktów, które były wydawane więźniom. Nie ulega jednak wątpliwości, iż zgodnie z zeznaniami wszystkich przesłuchiwanych świadków produkty te były o wiele gorszej jakości aniżeli przeciętne produkty żywnościowe, figurujące w tabelach na podstawie których obliczane bywają wartości kaloryczne spożywanych pokarmów.
Przytoczone poniżej dane kaloryczne opierają się na obliczeniach dokonanych w śledztwie na podstawie o oficjalnego wydawnictwa niemieckiego „Nährstoff und Nährungswert von Lebensmitteln. Bearbeitet im statistischen Reichsamt in Verbindung mit dem Reichsgesundheitsamt“ (Leipzig 1943, J. A. Barth), które brało pod uwagę przeciętne produkty spożywane przez ludność niemiecką. Jeśli więc np. przy obliczeniu wartości kalorycznej chleba musiano się tutaj oprzeć na „Kommisbrot“, to nie należy zapominać o tym, że w obozie oświęcimskim chleb wydawany więźniom był gorszej jakości, że kalorycznie był on mniej wartościowy z uwagi na znaczne domieszki środków zastępczych mąki. Jeśli kiełbasa została obliczona kalorycznie według danych, dotyczących przeciętnej kiełbasy, to pamiętać trzeba, że w Oświęcimiu najczęściej wydawano więźniom specjalną małowartościową kiełbasę, której nie spotyka się w normalnych warunkach, a więc uboższą w białko, tłuszcz i kalorycznie. Analogicznie wygląda sprawa margaryny, marmolady itp. W ten sposób dane kaloryczne poniżej przytoczone dotyczą przeciętnych produktów bardziej wartościowych odżywczo, aniżeli produkty dostarczane więźniom w obozie oświęcimskim. W rzeczywistości więc ilość obliczonych kalorii powinna być niewątpliwie niższa. Jeśli poprzestajemy mimo to na danych, uzyskanych przy obliczeniach, opartych na oficjalnych tablicach niemieckich, to wychodzimy z założenia, iż obliczenia powinny być oparte na ściśle określonych składnikach.
Posługując się danymi, zawartymi w oficjalnych tablicach niemieckich, otrzymuje y następujące wymowne liczby:

1) Normy Komitetu Fizjologów Sekcji Higieny Ligi Narodów.
2) Przy rozpatrywaniu powyższej tabeli nie należy zapominać o tym, iż w rzeczywistości znakomita większość więźniów figurująca w rubryce „umiarkowanie pracujący“, pracowała niemniej ciężko, niż pozostali więźniowie ciężko pracujący". Wyodrębnienie tych dwóch kategorii więźniów było konieczne tylko z uwagi na odmienność dodatków żywnościowych, przyznawanych tzw. Aussenkomando („ciężko pracującym“) i pracującym wewnątrz obozu („umiarkowanie pracującym“).
Podczas więc gdy według norm Komitetu Fizjologów Sekcji Higieny Ligi Narodów człowiek ciężko pracujący powinien otrzymywać na dobę powyżej 4 800 kalorii, a umiarkowanie pracujący powyżej 3 600 kalorii, więźniowie w Oświęcimiu otrzymywali najwyżej od 1302 do 1744 kalorii na dobę!
1744 kalorie dziennie wynosi nieco mniej niż podstawowa przemiana energii u dorosłego mężczyzny, tzn. nieco mniej niż konieczna ilość kalorii dla podtrzymania życia w stanie zupełnego spoczynku, u człowieka leżącego, ciepło okrytego, nie wykonywającego żadnych ruchów. Człowiek pracujący, odżywiany w taki sposób spala własne te kalorie celem pokrycia wydatku energii na pracę i w rezultacie następuje nieuchronnie wyniszczenie organizmu, groźne dla życia.
Taką wartość kaloryczną miało odżywianie bardzo ciężko pracujących więźniów poza obozem. Więźniowie, pracujący wewnątrz obozu, których praca była niewątpliwie również bardzo ciężka, otrzymywali najwyżej 1302 kalorie na dobę, a więc znacznie poniżej tej racji, która konieczna jest dla utrzymania życia przy leżeniu w łóżku.
Powyższe dane w całej pełni tłumaczą fakt, dlaczego więźniowie w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu masowo umierali w krótkim czasie po przybyciu do obozu. Jest rzeczą niewątpliwą, że tylko tacy więźniowie, którzy mieli możność korzystać z wykradzionych produktów żywnościowych lub otrzymywać paczki żywnościowe [Paczki dla więźniów można było wysyłać dopiero od końca grudnia 1942 roku. Większy napływ paczek żywnościowych do Oświęcimia rozpoczął się w lutym 1943 roku. Paczki były bardzo często okradane z bardziej wartościowych produktów przez SS-manów.] od rodziny z domu, mogli utrzymać się przy życiu. Wszyscy inni więźniowie byli skazani na zagładę.

Zwłoki więźniów, zmarłych śmiercią głodową
W szczegółach zaznaczyć należy: wielki niedobór białka w racjach, otrzymywanych przez więźniów, zwłaszcza brak białka pełnowartościowego (pochodzenia zwierzęcego) musiał powodować po pewnym czasie obrzęki głodowe, związane przyczynowo z niskim poziomem białka we krwi. Brak jarzyn w pożywieniu, mleka i jego produktów oznacza bardzo znaczny niedobór tzw. produktów ochronnych, a zwłaszcza witaminy A, witamin grupy B i witaminy C. Nie mogło być również zaspokojone zapotrzebowanie soli mineralnych, a zwłaszcza wapnia, fosforu i żelaza. Musiało to powodować stany chorobowe, jak kurza ślepota, spadek odporności na choroby zakaźne, gnilec, schorzenia troficzne i zakaźne skóry, odwapnienie kości, stany zapalne nerwów itp.
W ten sposób odżywianie więźniów było zarówno ilościowo jak i jakościowo tak bardzo niedoborowe, że w związku z ciężką pracą więźniowie bardzo szybko byli doprowadzani do wygłodzenia, wyniszczenia i utraty życia.
W związku z powyższymi obliczeniami stają się zrozumiałe wypowiedzi SS-manów do tych więźniów, którzy przetrwali w obozie kilka lat. Każdy więzień, który żył jeszcze po kilku miesiącach od czasu przybycia do obozu, uważany był przez SS-manów za złodzieja, kradnącego produkty żywnościowe. „Więzień ma prawo żyć w obozie tylko trzy miesiące“ — było typowym powiedzeniem przedstawicieli władz obozowych. Kiedy komendant obozu Krause widział więźniów z niskimi numerami, robił wymówki SS-manom, że tolerują więźniów, którzy nauczyli się „kombinować“, i zalecał ich likwidację. Krause uważał, że więzień nie powinien żyć w obozie dłużej jak sześć tygodni.
Całokształt warunków życia obozowego, a zwłaszcza racje żywnościowe potwierdzają w całej pełni takie poglądy.
IX. Ofiary głodu w świetle fotografii.
Po ucieczce Niemców specjalna komisja sądowo-lekarska zbadała 2819 ocalonych chorych więźniów obozu oświęcimskiego i stwierdziła, że spośród nich - 2189 osób, czyli 91%, chorowało na skutek skrajnego wyczerpania i głodowego wyniszczenia organizmu, a 223 osoby na gruźlicę płuc. Dokonane sekcje 536 zwłok więźniów oświęcimskich ustaliły, że w 474 wypadkach śmierć nastąpiła wskutek wyniszczenia głodowego.
Umieszczona obok fotografia Nr 31 przedstawia fragment grupy zwłok więźniów, znalezionych w jednym z bloków obozu oświęcimskiego. Stan fizyczny więźniów w czasie istnienia obozu ilustruje fotografia Nr 32, sporządzona przez lekarza SS Mengelego. Fotografie zaś Nr 32, 33 i 34 zostały sporządzone w maju 1945 r. i przedstawiają stan więźniów po kilkumiesięcznym już intensywnym leczeniu ich w szpitalu Polskiego Czerwonego Krzyża. Fotografia Nr 33 przedstawia więźniarkę Nr 44884, urodzoną w 1914 r., Polkę, przybyłą do obozu w Oświęcimiu 15.5.1943 r. Jest to osoba wzrostu 160 cm i wagi około 25 kilo. Przed aresztowaniem ważyła 75 kg.

fot. 32. Dzieci w obozie oświęcimskim

fot. 33. Stan więźniarki po kilkumiesięcznym leczeniu w szpitalu

fot. 34. Stan więźniarki po kilkumiesięcznym leczeniu w szpitalu
Fotografia Nr 34 jest zdjęciem więźniarki Nr 75700, Niemki-„aryjki“, urodzonej w 1922, przybyłej z obozu w Oświęcimiu 28.2.1944 r. Waga jej ciała w czasie dokonywania fotografii wynosiła około 25 kg.
Jedna z wielu innych nieszczęśliwych ofiar, więźniarka Nr A 27858, holenderska Żydówka, urodzona w 1908, a uwięziona w Oświęcimiu w połowie roku 1944 w czasie fotografowania ważyła 23 kilo przy wzroście 155 cm!
Wszystkie te chore dotknięte były chorobą distrophia alimentaris III gradus.
X. Szpital obozowy i eksperymenty „naukowe“ nad więźniami.
Nieludzkie warunki życia w obozie, głód oraz ciężka praca były przyczyną, że przeciętnie około 30% więźniów chorowało i wymagało opieki lekarskiej. Cyfra ta stwierdzona została autentycznymi wykazami diagramów oddziału zatrudnienia więźniów za okres od 1 czerwca 1942 r. do 1 sierpnia 1944 r. Większość, bo w pewnych okresach nawet 80% wszystkich więźniów, przechodziła groźną w warunkach obozowych biegunkę (Durchfall). Niedostateczna higiena osobista, a przede wszystkim brak wody prowadziły do zawszenia, to zaś do epidemii duru plamistego, który w okresach zimowych lat 1941—1943 przechodzili prawie wszyscy więźniowie. Dziesiątkował ich również dur brzuszny we wszelkich odmianach, wreszcie malaria, gdyż - mimo że zarząd obozu robił wszystko, by uchronić przed nią SS-manów - dla ochrony więźniów przed tą chorobą nie zrobiono niczego. Wreszcie wymienić należy chorobę distrophia alimentaris, wywołaną wygłodzeniem, prowadzącą w większości wypadków do gruźlicy, następnie - szkorbut i inne choroby, wywołane awitaminozą, a w końcu — różne choroby skóry, przede wszystkim świerzb i wreszcie schorzenia traumatyczne, spowodowane maltretowaniem więźniów.
Niedożywione, wycieńczone organizmy więźniów nie były w stanie walczyć należycie z chorobą, toteż śmiertelność wśród chorych była bardzo duża. Dur plamisty i brzuszny, biegunki powodowały niezmiernie dużą liczbę zgonów.
Ludzie w starszym wieku, jednostki gorszej budowy ginęły masowo w krótkim czasie.

Fotografia znaleziona w laboratorium służby rozpoznawczej (Erkennungsdienst), odtwarzające wyniki eksperymentów lekarskich nad więźniami. Utrwalony jest skutek zastrzyku szyfrowanego B/f po 7 dniach. (Strzałka wskazuje miejsce dokonania zastrzyku).
W pierwszym okresie istnienia obóz nie posiadał w ogóle szpitala. Później urządzono szpital, ale szpital ten przeznaczony był nie tyle do leczenia chorych, ile do eksperymentowania przez lekarzy SS, przez różnych przedstawicieli nauki niemieckiej, szukających w Oświęcimiu ludzkich królików doświadczalnych. To, że w obozowych szpitalach Oświęcimia eksperymentowano na żywych ludziach, wynika niezbicie z zeznań szeregu świadków oraz ze sprawozdania oddziału chirurgicznego tegoż szpitala z dnia 16.12.1943, w którym wyliczono między innymi: 90 kastracji (Hodenamputation), 10 operacji celem usunięcia jajników (Eierstockentfernung) i 1 zabieg celem usunięcia jajowodu (Entfernung des Eierleiters).
Eksperymenty przeprowadzano na bloku 10. obozu macierzystego. Podzielić je można na następujące grupy: eksperymenty mające na celu badanie raka, eksperymenty sterylizacyjne, eksperymenty, mające na celu wyszukanie nowej masy kontrastowej do zdjęć rentgenowskich, oraz eksperymenty hematologiczne i serologiczne. Do eksperymentów tych używano przeważnie kobiet żydowskiego pochodzenia. Na wielu z nich przeprowadzano je kilkakrotnie. Na polecenie lekarza garnizonowego Wirthsa przy eksperymentach i badaniach nad rakiem pracował więzień dr Samuel, Niemiec żydowskiego pochodzenia, który wycinał kobietom pod narkozą część szyjki macicznej. Wyciętą tkankę zamrażał i badał pod mikroskopem. Tkanki wycinano dość dużo i cięto głęboko, gdyż przy dalszych eksperymentach okazało się, że na skutek silnego zabliźnienia szyjki macicznej była ona dla sondy niedrożna, wobec czego kobiety takie, jako nie nadające się do dalszych eksperymentów, wysyłano do Brzezinki do komór gazowych. Między innymi ofiarą takich eksperymentów padła Herman Mina, ur. 27.12.1902 w Amsterdamie.
Pomocnik Samuela skonstruował specjalny aparat do dokonywania zdjęć fotograficznych wewnątrz pochwy. Zdjęcia te były bardzo męczące, ponieważ trwały godzinę i musiały być wielokrotnie powtarzane.

Fotografia znaleziona w laboratorium służby rozpoznawczej (Erkennungsdienst), odtwarzające wyniki eksperymentów lekarskich nad więźniami. Utrwalone zmiany na kończynie dolnej prawej po 24 godzinach od chwili zastrzyku szyfrowango B/h.
Eksperymenty nad sterylizacją przy pomocy promieni Roentgena przeprowadzał lotnik Wehrmachtu, Oberleutnant Obermedizinalrat prof. dr Schumann z Berlina. Naświetlanie promieniami X skierowanymi na jajniki trwało od 5-15 minut. Napięcie i natężenie prądu oraz czas naświetlania regulował sam Schumann (siedzący w kabinie ołowianej) w zależności od tego, co chciał osiągnąć przez naświetlenie. Po zabiegu takim wiele kobiet wymiotowało. Wiele z nich zmarło potem po tych naświetlaniach. Po 3 miesiącach przeprowadzano na każdej takiej kobiecie po dwie kontrolne operacje, w czasie których usuwano część narządów płciowych celem zbadania ich stanu. Prawdopodobnie na skutek zmian hormonalnych, wywołanych tymi zabiegami, nawet młode dziewczęta starzały się przedwcześnie i robiły wrażenie niemal staruszek.
Mężczyznom naświetlano tylko jedno jądro. Po zabiegu wracali oni na bloki normalne, skąd po jednodniowym odpoczynku pędzono ich bez względu na stan zdrowia do pracy. Również wielu mężczyzn zmarło na skutek naświetlania. Ci, którzy przeżyli, byli po miesiącu kastrowani przez Schumanna w szpitalu. Wycięte jądra zabierał Schumann i wywoził do Berlina. Do zabiegów tych wybierano ludzi młodych i zdrowych, przeważnie greckich Żydów i Żydówki. W czasie jednego posiedzenia Schumann naświetlał około 30 kobiet, przy czym posiedzenia takie urządzał 2-3 razy w tygodniu.
Głównym eksperymentatorem na żywych ludziach w obozie był niemiecki ginekolog prof. Glauberg, który wraz ze swym berlińskim kolegą przeprowadzał eksperymenty w celu wynalezienia nowych preparatów kontrastowych do zdjęć rentgenowskich. Glauberg był jednak przede wszystkim „geschäftsmannem“, gdyż pracował na zlecenie niemieckiego przemysłu chemicznego, od którego otrzymywał za każdą kobietę, użytą do eksperymentów, pokaźną sumę. Dla eksperymentów swych zakupił od zarządu obozu 150 kobiet. Kobiety te układano na stole do zabiegów rentgenowskich i wtłaczano im przy użyciu elektrycznej szprycy do narządów płciowych gęstą, płynną masę „podobną do cementu“. Wtłaczanie tej masy kontrolowano przy pomocy promieni Roentgena, a następnie dokonywano zdjęć fotograficznych. Kobiety wiły się w boleściach i często silnie krwawiły. Eksperymenty takie przeprowadzano na tych samych kobietach 3 do 6 razy w odstępach 3-4 tygodni. Ofiary tych eksperymentów chorowały na zapalenie macicy, jajników, jajowodów oraz otrzewnej.
Dalsze eksperymenty przeprowadzali SS-mani Weber i Münch. Były to eksperymenty, mające na celu oznaczenie grupy krwi (oznaczenie tekstu) oraz ustalenie w ślinie elementów grupowych. Inne eksperymenty miały na celu ustalenie zawartości sulfonamidów i preparatów salicylowych we krwi oraz ustalenie reakcji organizmu na zastrzyki krwi osób chorych na malarię.
Wreszcie przeprowadzano w Oświęcimiu i inne eksperymenty, jak sporządzanie odlewów gipsowych kobiecych części rodnych oraz badania nad działaniem różnych środków drażniących skórę, względnie nad działaniem zastrzyków nafty i benzyny. Te ostatnie eksperymenty przeprowadzano na żądanie armii niemieckiej celem uzyskania dokładnego opisu schorzeń wywołanych przez te zabiegi.
Na początku roku 1944 przybyła do obozu specjalna komisja lekarska, złożona z SS-manów z Berlina, która przeprowadziła badanie na kilkudziesięciu chorych Żydach i sanitariuszach. Wstrzykiwano im domięśniowo jakiś preparat i skrupulatnie badano reakcję zastrzyku. Po 15 minutach wyprowadzano ofiary na podwórze, gdzie przez pół godziny przeprowadzano z nimi ćwiczenia gimnastyczne, po czym poszczególni członkowie komisji wypytywali więźniów, m. in. czy chcą żyć, czy umierać, czy czują strach, a przede wszystkim kilkakrotnie, kto jest ich osobistym wrogiem. Opierając się na treści ostatniego pytania, można przypuszczać, że Gestapo pracowało nad odkryciem jakiegoś środka, który by doprowadzał ofiary do specjalnego stanu psychicznego, ułatwiającego wydobywanie zeznań. U więźniów, na których eksperyment ten przeprowadzono, wystąpiły podobno objawy lekkiego zamroczenia, senność i brak należytej orientacji.
Tak, więc szpitale oświęcimskie służyły przede wszystkim eksperymentowaniu. Chorych przyjmowano do nich - według oświadczenia pewnego SS-mana - na pięć minut przed śmiercią. Nie były one zaopatrywane prawie w żadne środki lecznicze, nie stosowano należytej diety, żywiono chorych niemal tak samo jak więźniów. Warunki sanitarne w szpitalu były jeszcze gorsze niż w barakach mieszkalnych. Był taki okres, kiedy jedynymi lekami, którymi dysponował szpital, była aspiryna lub tabletki przeciwbólowe. Chorym dawało się po łyżeczce leku po to tylko, aby im się zdawało, że są leczeni. Dawano wszystkim jedno i to samo lekarstwo, które w danej chwili było w szpitalu, najczęściej zaś „schmerztabletki“, którymi leczono bóle głowy, zapalenie opłucnej, ischias, reumatyzm, zapalenie pęcherza, bóle brzuszne i wszystkie inne cierpienia. W aptece szpitalnej wydawano tylko papierowe bandaże i ligninę, których jednak zawsze brakowało. Na bloku chirurgicznym, w zakresie małej chirurgii, operowano wszystkich bez narkozy i miejscowego znieczulenia, robiąc nieraz po 8-10 cięć na jednej kończynie. Bardzo częstym zabiegiem było naciskanie ropni, których najwięcej było na pośladkach, na skutek ropienia ran po biciu drągiem.
W szpitalu przestrzegano zasady prowadzenia bardzo skrupulatnych historii chorób, opisów, których nie powstydziłyby się nawet najlepsze kliniki. Na niektórych blokach szpitalnych krzywe temperatury i analizy były tak dokładnie prowadzone, że służyć mogły za przykład najlepszym nawet szpitalom. Chorych więźniów jednak lekarze niemieccy nie leczyli.
XI. Selekcje.
Ponieważ w obozie miał prawo do życia ten tylko, kto pracował, przeto ze szpitala wybierano regularnie i w równych odstępach czasu chorych i mordowano ich. Akcje takie nazywano selekcjami. Zmora ich ciążyła stale nad barakami szpitalnymi. Odstraszała ona oczywiście ludzi chorych od pójścia do szpitala, tak iż przez długi okres czasu szpitale oświęcimskie były przytuliskiem samobójców, zniechęconych do życia mękami bytowania w obozie. Selekcje takie zresztą przeprowadzano również na blokach mieszkalnych wszystkich oddziałów i wszystkich filii obozu dla oczyszczenia ich z więźniów niezdolnych do dalszej pracy. Odbywało się to w ten sposób, że lekarze SS, w największej ilości wypadków Helmersohn, Thilo, König, Mengele i Kitt oraz kierownik oddziału zatrudnienia więźniów, dokonywali przeglądu chorych i więźniów na blokach i bez żadnego badania lekarskiego, na podstawie samego przyjrzenia się tylko więźniowi, decydowali o jego życiu. Więzień, który sprawiał na pierwszy rzut oka wrażenie wycieńczonego, chorowitego, niezdolnego do pracy, był przez lekarza kwalifikowany do zagłady. Chorzy, wiedząc o tym, podchodzili kolejno do tych panów życia i śmierci, starając sobie nadać wygląd ludzi zdrowych, stawali prosto, trzymali głowę do góry, wypinali chudą pierś, usiłując w ten sposób przechylić szalę na stronę życia. Niewiele to pomagało, gdyż wystarczało niekiedy, by ktoś miał czyraka lub zawinięty był bandażem, aby padł ofiarą selekcji. Wiedeńczyk Paul Kruger został wyselekcjonowany jedynie dlatego, że miał starą bliznę po operacji wyrostka robaczkowego. O sposobie przeprowadzania selekcji świadczy fakt, że w ciągu kilkunastu minut lekarz „badał“ w ten sposób nieraz około 500 osób. W czasie pewnej selekcji, przeprowadzonej przez Helmersohna, słabi fizycznie więźniowie usiłowali ukryć się pod pryczami. Spostrzeżono to i SS-mani strzelali do ukrytych na ślepo, raniąc i zabijając bardzo wielu spośród nich.
Jak niszczycielską była taka selekcja, świadczy fakt oparty na danych statystycznych, że z samego tylko obozu kwarantanny w Brzezince wyselekcjonowano w czasie od 29.8.1943 r. do 29.10.1944 r. łącznie 7.616 osób. Wybranych umieszczano w osobnych blokach, zwanych przez więźniów blokami śmierci.
W obozie kobiecym był nim blok Nr 25, który świadek Rachwałowa opisała w na Fotografia Nr 34 jest zdjęciem więźniarki Nr 75700, Niemki-stępujący sposób: „Był to blok kamienny, z zakratowanymi oknami, którego podwórze otoczone było wysokim drutem. W bloku tym umieszczano często do 2 tysięcy osób, które nieraz po kilka dni nie otrzymywały żadnego pożywienia. Panował w nim nieopisany zaduch i smród, gdyż wypełniony był trupami i konającymi więźniarkami, po których pełzały chore, opuchłe, zakrwawione szkielety ludzkie, jęcząc i prosząc o odrobinę wody. Odseparowani w takich blokach wyselekcjonowani więźniowie ginęli albo śmiercią głodową, albo też od zastrzyku fenolowego lub duszeni gazem. Ubytek, powstały w drużynach roboczych na skutek selekcji, uzupełniano więźniami przybyłymi w nowych transportach.
W przemyślanym i zorganizowanym oświęcimskim kołowrocie śmierci selekcje były środkiem utrzymania stanu więźniów na poziomie największej wydajności ich siły roboczej. Służyły one do uśmiercania jednych, na których miejsce wprzęgano następnych, tych doprowadzano ciężkimi pracami i głodzeniem do chorób i do całkowitego upadku sił fizycznych po to, by ich zniszczyć jako niezdolnych do pracy. W ten zbrodniczy sposób regulowały selekcje obrót materiałem ludzkim w oświęcimskim obozie wyniszczeń.
Wynalazcą metody oczyszczania obozu z więźniów, niezdolnych do pracy, za pomocą zastrzyków fenolowych był lekarz obozowy, SS-Obersturmführer dr Endress. Ofiarom dawano najpierw dożylny, a później dosercowy zastrzyk 10-12 cm 30-procentowego fenolu. Liczba wyselekcjonowanych przez niego więźniów na zabieg fenolowy dochodziła w niektórych dniach do 300. Zastrzyków dokonywali w największej ilości wypadków obaj pomocnicy sanitarni: SS-Oberscharführerzy Josef Klehr i Herbert Scherpe. Pomocnikami ich byli najpierw Stessel, następnie Pańszczyk. Stessel przechwalał się wobec więźniów, że zamordował zastrzykami fenolowymi 10.000 chorych. Pańszczyk dokonał tego zabiegu na ponad 12.000 chorych.
Zabiegi te odbywały się w ambulansie bloku 20. lub w bloku 28. obozu macierzystego. Skazanego na śmierć sadzano na krześle, podobnym do dentystycznego, po czym 2 więźniów chwytało go za ręce, a trzeci, zawiązawszy ofierze oczy ręcznikiem, trzymał ją za głowę. Wówczas zbliżał się do ofiary Klehr, wbijał jej długą igłę wprost w klatkę piersiową do komory sercowej i wstrzykiwał fenol. Więzień nie umierał od razu po zastrzyku, ulegał tylko zamroczeniu, a wówczas asystujący przy zastrzyku więźniowie przeprowadzali go do sąsiedniej izby i rzucali na podłogę, gdzie kończył życie po kilkunastu sekundach. Izba, w której wykonywano te zabiegi, mieściła się bezpośrednio przy wejściu na blok 20. po lewej stronie. Trupy składano po przeciwnej stronie korytarza w umywalni. Klehr, który z zamiłowaniem robił te śmiertelne zastrzyki, nie ograniczał się tylko do wstrzykiwania fenolu chorym ze szpitala, wybranym przez lekarza, ale gdy nie było materiału oficjalnie wyselekcjonowanego, wyszukiwał go sobie sam. Szedł na blok dwudziesty ósmy, wchodził na salę, gdzie czekali chorzy na przyjęcie do szpitala, wybierał 10-15 ludzi i zabijał ich zastrzykami. Nic więc dziwnego, że w tych warunkach więźniowie bali się szpitala i unikali go, zwłaszcza że sama podwyższona temperatura, uwidoczniona w karcie choroby, mogła wystarczyć, aby więzień padł ofiarą śmiertelnego zastrzyku.
ŹRÓDŁO: Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce; Poznań 1946 r.; str. 100 - 116